107 obserwujących
373 notki
1069k odsłon
  5253   6

Talibowie wchodzą do Kabulu. Przygotujmy się na głęboki kryzys świata Zachodu.

Gideon Rachman, komentator międzynarodowy Financial Times (napisał) (https://www.ft.com/content/71629b28-f730-431a-b8da-a2d45387a0c2), z czym trudno się nie zgodzić, że wiarygodność Joe Bidena w związku z blitzkriegiem Talibów w Afganistanie „znalazła się w strzępach”. W jego opinii gospodarzowi Białego Domu będzie teraz znacznie trudniej przekonać kogokolwiek w świecie, że „America is back”, podobnie dramatycznej przecenie ulegnie autorytet amerykańskich służb wywiadowczych. Na czym bowiem opierał swe deklaracje Joe Biden mówiący jeszcze niecały miesiąc temu, że „jest bardzo mało prawdopodobne, że Talibowie zdobędą cały kraj”? Równie blado na tle tego co się stało wyglądają deklaracje szefów amerykańskiego wywiadu z lipca br. wieszczącego, że Kabul utrzyma się w rękach prezydenta Ghani pół roku, a w najgorszym scenariuszu do końca września. Dzisiaj Ghani opuścił stolicę Afganistanu i poleciał do tadżyckiego Duszanbe, a do Kabulu wkroczyli Talibowie, po tym jak zdobyli bazę i więzienie Bagram.

Rachman nie tylko napisał, iż teza o tym, iż „Ameryka wróciła” straciła w wyniku klęski w Afganistanie sporo ze swej wiarygodności, ale również można mówić o tym, że chińska i rosyjska narracja o słabnięciu Stanów Zjednoczonych została potwierdzona. Mało tego, sączone przez Moskwę i Pekin argumenty, iż na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi nie można polegać i Amerykanie raczej opuszczą dotychczasowych sojuszników jeśli zmieni się ich rachunek sił i środków niźli będą trwać w niewygodnym dla siebie aliansie, uzyskała większą niźli dotychczas, siłę perswazyjną.

W opinii Gideona Rachmana to stało się w Afganistanie, może, w dłuższej perspektywie zmienić sytuację w Azji. Już obecnie, jak pisze, Chiny są główną siłą ekonomiczną na kontynencie, ale z punktu widzenia polityki bezpieczeństwa wiele państw azjatyckich patrzyło na Stany Zjednoczone z nadzieją, że ich zaangażowanie równoważyło będzie układ sił. Jednak teraz, kiedy Waszyngton w sposób oczywisty nie dotrzymał swych własnych deklaracji w zakresie stabilizowania sytuacji w Afganistanie i kontynuowania walki z Talibami, tego rodzaju nadzieje mogą okazać się płonne. Zdaniem komentatora brytyjskiego dziennika może to doprowadzić do przewartościowania postaw mniejszych państw azjatyckich, szczególnie wchodzących w skład bloku ASEAN, i znakomicie utrudnić Waszyngtonowi jego strategiczną rozgrywkę z Pekinem.

Nie ulega też wątpliwości, że amerykańskie zaangażowanie wojskowe w Afganistanie nie tylko stabilizowało sytuację w regionie, ale było czynnikiem korzystnym zarówno dla Chin jak i Rosji. To Amerykanie bowiem faktycznie chronili zarówno granicę zamieszkałej przez muzułmanów chińskiej prowincji Sinciang jak i słabe państwa postsowieckie z Azji Środkowej przed przenikaniem islamistycznych oddziałów z Afganistanu. Teraz ten czynnik znika, pojawia się niewiadoma jaką politykę realizować będą Talibowie i czy w ogóle ta luźna koalicja plemiennych i religijnych formacji będzie w stanie cokolwiek gwarantować jeśli chodzi o politykę zagraniczną. W krótkiej perspektywie będziemy mieć do czynienia ze wzrostem napięcia w regionie, czego świadectwem są m.in. wojskowe przygotowania Moskwy, która zwiększyła swój kontyngent wojskowy w Tadżykistanie.

Andrew Michta (napisał) (https://www.19fortyfive.com/2021/08/why-america-was-destined-to-fail-in-afghanistan/), że „pomijając kwestię stylu, w jakim administracja Bidena podjęła decyzję o wycofaniu naszego wojska z Afganistanu – bez planu B i bez przemyślenia wpływu tej decyzji na region oraz naszych sojuszników i partnerów z NATO – wycofywanie się USA z Afganistanu powinno zmusić nasze elity do ponownego przemyślenia podstaw przyszłej strategii USA.” No właśnie jaka w świetle tego co stało się w Afganistanie i niewątpliwego uszczerbku jaki poniósł prestiż Stanów Zjednoczonych winna być przyszła amerykańska „wielka strategia”? Michta jest zdania, że źródłem amerykańskich niepowodzeń zarówno w Afganistanie jak i szerzej na Bliskim Wschodzie była pycha, związana z poczuciem siły Stanów Zjednoczonych i przekonanie o nieograniczonych własnych możliwościach. Zamiast skupić się na realizacji celów strategicznych wszystkie kolejne amerykańskie administracje poczynając od George'a W. Busha uległy tej iluzji planując wielkie „ideologicznie” motywowane operacje z zakresu inżynierii społecznej. Mówiło się o planach „budowania demokracji”, „budowania państw” czy nawet „budowania narodów”. Niepowodzenia w tym zakresie, zarówno w Afganistanie, ale również w Syrii, Libii czy Iraku doprowadziły do destabilizacji całego regionu, wzrostu znaczenia strategicznych rywali Stanów Zjednoczonych, czy w efekcie kryzysu migracyjnego, osłabienia Unii Europejskiej. Towarzyszyło temu przekonanie, że niepowodzenia w Afganistanie są jedynie kwestią nie dość wysokich nakładów i zbyt małej obecności zachodniego kontyngentu wojskowego i cywilnego w tym kraju, co zwielokrotniła skalę marnotrawionych na tego rodzaju politykę środków. W opinii Michty lekcja wyniesiona przez sojuszników Stanów Zjednoczonych z Afganistanu najprawdopodobniej zmniejszy możliwości amerykańskiej polityki zagranicznej oraz z pewnością ograniczy kredyt zaufania jakim decyzje Waszyngtonu cieszyły się dotychczas w zaprzyjaźnionych stolicach. „Musimy ponownie nauczyć się sztuki równoważenia sił, budowania koalicji nie wokół wzniosłych ideałów – konkluduje swe rozważania Andrew Michta - , ale wokół wspólnych interesów i postrzegania zagrożeń, pamiętając jednocześnie, że amerykańskie wojsko jest cennym zasobem i że musi być środkiem do którego winniśmy uciekać się w ostateczności, a nie pierwszym narzędziem w naszym instrumentarium polityki zagranicznej.”

Lubię to! Skomentuj112 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka