Na początku egipskiej rewolucji, jeszcze gdy los demonstrantów na Placu Tahrir był mocno niepewny, a władza prezydenta Mubaraka zdawała by się mocna, jakiś mądry ekspert od Egiptu (grzech, że nie zapamiętałem kto) powiedział "oczywistą prawdę" - Egiptem rządzi armia i ona decyduje.
Kropka. O wszystkim. Dopóki uznawała, że wypada popierać Mubaraka, był prezydentem, gdy zmieniła zdanie, dostał surowy sądowy wyrok.
Widocznie o tej oczywistości zapomniał ostatni prezydent Mursi, któremu władza i zwycięstwo wyborcze (choć minimalne - 51% w II turze), jak się okazuje, za mocno uderzyły mu do głowy.
Armia egipska jest mocno zależna (miliardy $ pomocy wojskowej rocznie) i odpowiednio lojalna wobec światowego supermocarstwa od potężnego lania w 1973 roku, jakie jej sprawiły sprzymierzone i wyekwipowane przez USA Siły Obrony Izraela (Cva Hagana, IDF). Znaczy, że Egipcjanie umieją wysnuwać logiczne wnioski z nauk Historii. Co dobrze o nich świadczy. Również wczorajsza decyzja wojskowych jest tego przykładem. Późniejsze działania mogły by się zakończyć wariantem algierskim lub jeszcze gorszym.
Na pewno była konsultowana z Białym Domem i jego Departamentem Stanu. Administracja zapewniła sobie radosne świętowania dzisiejszego Independence Day .
Naród egipski, jak widać poniżej, raczej uradowany z takiego obrotu sprawy:
Co dalej w Egipcie? Trzeba znaleźć pewniaka - "Mubaraka-2" - dysponującego zaufaniem armii i społeczeństwa. Mohamed ElBaradei?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)