W Interii, w zajawce na stronie głównej, z dodanym zdjęciem jakiegoś wesoło rozwrzeszczanego szczeniaka o nieprzekonującym intelektualnie obliczu, napisano w tytule, że emocje sięgają zenitu.
Boże, pomyślałem sobie zanim doczytałem resztę, tam gdzieś targają ludźmi rozgorączkowane uniesienia a ja o niczym nie wiem? No bo kim tak targają i niby dlaczego? A to ważne wiedzieć, bo z emocji rodzą się przecież rzeczy i dobre, i na odwrót – całkiem złe, z przewagą tych drugich rzecz jasna. Po prostu dobro nas nie rozpieszcza i to od czasu wygnania Adama i Ewy z raju. Niestety, Stwórca chyba nie lubił naszego praojca, bo dorzucił mu wredną kobietę, na co Adam – a wiemy to z przekazów pisemnych i ustnych – absolutnie nie zasługiwał. Gdyby nie ona, mógłby się do woli masturbować, w czym szału nie ma, za to jest bakteryjnie bezpiecznie i - co nie mniej istotne – nie byłoby wtedy grzechem. A do tego zajadałby się jabłkami, nie myśląc o konsekwencjach swoich kulinarnych wyborów. No i zły duch patriarchatu również nigdy by nie zaistniał – to oczywiste.
Wróćmy jednak do sensacyjnego tytułu. Co mogło spowodować to powszechne rozgorączkowanie i jakie wnioski można by z tej informacji wysnuć? Wnioski pożyteczne dla świata, bo innymi nie ma co sobie głowy zawracać. Zamyśliłem się więc przez moment, zaraz pomiędzy przeczytaniem sensacyjnego tytułu a kontynuacją dalszej treści, co trwało zapewne nie dłużej niż ułamek sekundy, niemniej tołstojowsko zapełniło kolejną stronę. Bo to przecież ciekawe, co nas emocjonowało kiedyś, a co emocjonuje teraz i na ile dzisiejsze emocje mają charakter jedynie fejkniusów?
Otóż za środkowego PRL, gdyby była mowa o scenicznych emocjach, pomyślałbym, że znów Stonsi grają w Kongresowej i mój kolega stracił właśnie rękaw marynarki, którą wymachiwał nad głową, dekompletując tym samym uszyty na tę okazję garnitur, a na poczet strat doszła jeszcze biała nonajronowa koszula rozdarta z tyłu na dwie połowy - wzdłuż spoconego grzbietu. No owszem, to były emocje i to jakie, ale i ich sprawcami przecież nie był byle kto dla tamtego świata. A i wciąż jeszcze dla obecnego, choć już z rozrusznikiem.
Z bardziej masowym rozgorączkowaniem mieliśmy do czynienia kilka lat później, gdy nasza reprezentacja rozgrywała mecz na Wembley. To wtedy właśnie, cytując Jana Ciszewskiego, ,,sto tysięcy ludzi na stadionie i miliony widzów przed telewizorami” uległo sportowo-patriotycznemu amokowi kopanej. Emocje były szczere, a że patriotyczne, więc słuszne. Dziś jako patriotyczne uznane zostałyby za ksenofobiczne, a tym samym niesłuszne. Ba, faszystowskie niemal. I proszę, niby tylko pół wieku, a jakie przemeblowanie w świadomościach – strach nawet pomyśleć!
A teraz przenieśmy się w czasy trochę późniejsze, mniej więcej dziesięć lat po Stonsach. Wtedy, gdy do meblowego miał dojechać towar, wstawiony przez rodzinę w kolejkę wiekowy dziadek, dostarczony na inwalidzkim wózku, zmarł w nocnym styczniowym mrozie. Gruby wełniany koc i termos z gorącą herbatą z miodem nie pomogły. Ale co tam dziadek – jako że był kolejkowiczom nieznany odstawiono go z wózkiem na bok, na zaśnieżony trawnik, gdzie sobie powoli sztywniał i zapanował niby spokój. Niby, bo jaki teraz należało przyjąć plan gry? I tu rozpoczynały się emocje. Czy bowiem rodzina, tracąc dziadka, dalej partycypowała w kolejkowym składzie, czy raczej za sprawą natury przepadało jej miejsce, co umożliwiłoby przesunięcie dalszych staczy o oczko do przodu? Jednym słowem, krewni dziedziczyli swoją miejscówkę, czy może nie, zwłaszcza że kodeks cywilny w dziale spadków nie przewidywał podobnych sytuacji? Dopiero reakcja komitetu kolejkowego oraz rodziny starca zastąpiła w obowiązkach Sąd Najwyższy, który musiałby ustosunkować się do wspomnianej kwestii, rozwiązując powstały precedens mocno po czasie. A gdy zęby i krew na chodniku, będące efektem napięć i nerwów, przypieczętowały werdykt ustalony przez grupę dysponującą silniejszymi argumentami, można byłoby wnioskować, że ktoś o misiowatej posturze, fachu i sportowym hobby obecnego prezydenta przyczynił się do wymuszenia konsensusu między zwaśnionymi stronami. Emocje emocjami, a przecież porządek musi być, no nie?
Taaa, emocje… No cóż, są powody, są i emocje – to jasne, ale co tym razem je spowodowało i jak objawił się wspomniany przez autora zenit? Otóż zaistniał on na Malcie, choć bynajmniej nie za sprawą ponownego oblężenia wyspy przez Turków. W sobotę miał tam miejsce finał Eurowizji Junior 2026, na którym Polskę reprezentował niejaki Wiktor Sas. O Sasie można powiedzieć wiele, o ile się go zna, ale na pewno nie jako o uzdolnionym piosenkarzu. W przypadku jego artyzmu należałoby się ograniczyć do stwierdzenia, że jest to czternastolatek przed mutacją, o mocno ukrytym talencie wokalnym i udawanej ekspresji scenicznej, popisujący się niebanalną, bo żadną choreografią. Natomiast kolejne miejsca zenitu, czyli wzmożeń emocji, miały być dostrzegane w polskich domach, gdzie rzekomo trzymano kciuki za sukces Wiktora. Nie wiem skąd dziennikarz wiedziałby o przebiegu wydarzeń pod dachami Warszawy, Pcimia czy Małej Czarnej pod Wołominem podczas finału, i czy pod żyrandolem, a nawet pod sufitem upatrywał oznak zenitu emocji, którym rzekomo masowo ulegli polscy oglądacze eurowizyjnej szmiry, a co – już nie wspominając o szmirze - sugerował tytuł. Podejrzewam raczej, że sprytny pismak sam nakręcił sensację, zawsze dobrze sprzedawaną na pierwszej stronie, o czym kiedyś brutalnie, ale prawdziwie opowiadał kamerą Marco Bellocchio.
Przyznaję, że sam nie miałem o wydarzeniu zielonego pojęcia, dopóki nie zwabił mnie tytuł na portalu wiadomości Interii. Przeczytałem pobieżnie, obejrzałem nawet występ Wiktora Sasa i popadłem w zadumą godną Rodina, przy czym refleksje pobiegły mi dwutorowo. Bo jeśli dziennikarz rzecz wymyślił, to biada kondycji mediów, a tym samym biada ich użytkownikom. Jeśli natomiast, co raczej wykluczam, napisał prawdę, czyli że tandeta masowo zawładnęła emocjami, wtedy biada ogłupiałemu do reszty motłochowi.
Jednym słowem tak źle, a na odwrót już całkiem do dupy.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)