Kiedyś byłem idealny, tylko świat tego nie widział. Potem zobaczyłem siebie w lustrze niepokrytym warstwą alkoholu i zobaczyłem, że jestem niedobry dla moich bliskich, zawodzę ich i oszukuję. Nie chciałem patrzeć w ten obraz a potem bardzo siebie znielubiłem.
Ciężko było w siebie znów uwierzyć, zechcieć wszystko naprawić i poczuć, że to możliwe.
Wstydzę się tamtego czasu. Nie tego, że piłem, tylko tego że zmarnowałem mnóstwo czasu, żeby użalać się nad tym, ile czasu zmarnowałem, zamiast ruszyć do przodu.
Dziś spotkałem na żywo kolegę, którego widziałem i słyszałem podczas spotkać w pracy. Powiedział: Słabo słyszę na to ucho, a na drugie w ogóle, dlatego trzeba do mnie głośno. Powiedział to spokojnie. Bez pretensji. Nie słyszałem też żalu. Nawet smutku nie usłyszałem. Ani nie widziałem nic z tych rzeczy.
Chciałbym umieć choć po części tak akceptować swoje niedoskonałości. Mam łzy w oczach i nie jest mi wstyd.


Komentarze
Pokaż komentarze