Był taki czas, który spędziłem w szpitalu. Zobaczyłem tam ogrom cierpienia, choć widziałem też nadzieję. Spotkałem ludzi z ogromnymi problemami zdrowotnymi, a jednak otwartych i uśmiechniętych. Widziałem staruszków, których oczy rozjaśniały się mimo braku sił na co dzień, gdy pojawiały się wnuki. I spotkałem jednego człowieka, który umarł, bo nie wierzył, że może być lepiej.
Warunkiem tego "lepiej" było przyznanie się do długiego, destrukcyjnego picia i wybór dalszej drogi już bez tego.
Przed doświadczeniem szpitala, operacji, bliskości śmierci często myślałem sobie: "dlaczego ja?". Czy Bóg naprawdę nie ma nic lepszego do roboty, tylko mnie doświadczać? Innym nie dzieje się nic, a mnie...
Pisałem tu już o złamaniu ręki. Właściwie palca. To z kolei doświadczenie nauczyło mnie zadawać to pytanie inaczej: "po co mi to?". Wydaje mi się, że to był moment w którym coś przeskoczyło, w którym zobaczyłem boski plan wobec siebie i jego wielkość. Ogrom skomplikowania, którego nie rozumiem i powinienem pytać kim jestem, by go rozumieć. Nauczyłem się być wdzięczny. Mimo to, do dziś przydarza mi się taki czas, gdy problemy wokół zdają się mnie przygniatać. Dziękuję Ci, Panie za to, co mi dałeś, co mi odebrałeś i co mi zostawiłeś.


Komentarze
Pokaż komentarze