Jestem z tych alkoholików, których nazywa się HFA (wysokofunkcjonujący alkoholik). Przez jakiś czas nawet myślałem, że jest ze mną coś nie tak, miałem pracę, niezłą, w poważnej firmie. Byłem czysty, porządnie ubrany. Nie żebrałem na alkohol, miałem dom, Żonę, Dzieci. Myślałem, czy rzeczywiście mam problem.
Na terapii zrozumiałem, że wcale nie było tak pięknie, jak myślałem. Dłuższy pobyt we Wspólnocie upewnił mnie, że każdy ma swoje dno, na którym musi stanąć, dwoma stopami. By móc się porządnie odbić. Moje dno było po prostu na moim dnie i niekoniecznie musiało odpowiadać dnom innych.
Gdy teraz patrzę na to, co osiągnąłem przez czas trzeźwości wiem, że moja świetna praca była po prostu minimum moich możliwości. Myłem się co jakiś czas, często będąc zbyt zmęczony, by pójść pod prysznic. Moje koszulki były stare. Dziś większości z nich nie mam. A firmie nic nie byłem winien, choć na początku tak sobie wmówiłem z wdzięczności, że wciąż pracuję. I dobrze, że to nie praca definiuje moje szczęście. I nie definiuje mnie.


Komentarze
Pokaż komentarze