Ostatnio odwiedzam tereny z których pochodzę. Dużo się tu pije, moja rodzina nie wylewała zresztą za kołnierz. Teraz też proponują nam alkohol, obojętne czy trafimy na kawę przed południem czy na grilla wieczorem.
Zawsze mam wymówkę, że jestem kierowcą i niektórym z nich pewnie się nie przyznam, że nie piję, bo jestem alkoholikiem.
Zauważam za to, że im dłużej nie piję, tym mniej mi tego brakuje. Nie potrzebuję do rozmowy alkoholu, umiem rozluźnić się bez niego. Z problemami radzę sobie na trzeźwo, nie wygłaszając pijackich mądrości. Moja mowa jest spokojna i pewna, nie chwieje się bełkotliwie przy trudniejszych słowach. Myślę jasno i pamiętam całość sytuacji, nawet to, że ktoś po pijanemu opowiada to czy tamto.
Czasem przychodzi mi do głowy, że fajnie by było usiąść i napić się szklaneczki Jacka Danielsa. Nie umiem jednak, jak moja Żona, wypić lampkę wina. Nie umiem zatrzymać się na jednym piwie. W toalecie dopijałem małpki, żeby czuć się luźno jak inni przy stole. I to wspomnienie wystarcza, żeby odeszła mi ochotę na całego Jacka Danielsa świata. Właściwie, na tę pierwszą jego szklaneczkę.


Komentarze
Pokaż komentarze