Są takie miejsca, które kojarzą mi się z wolnością. I tak jest z przełączką (przejściem publicznym przez budynek lub pod nim) tuż koło miejsca, gdzie odbywają się mityngi mojej pierwszej grupy. Jest też w moim mieście takie miejsce: z ulicy schodzi się w dół i przechodzi pod blokiem jakieś 15 kroków, a potem schodami do góry znów na ulicę. Po obu stronach tego przejścia, długiego na dwusetkę wódki, stały kosze na śmieci. Moja wolność polega na tym, że nie wiem, czy kosze jeszcze stoją, bo nie potrzebuję wyrzucać do nich magicznych dwusetek i setek.
Na terapii robi się takie ćwiczenie, że liczy się dzienną porcję alkoholu, średnio (chodzi o cenę przede wszystkim), po czym mnoży się to przez liczbę dni w roku, a potem liczbę lat. Chodzi o to, by zobaczyć, ile pieniędzy przepuściłem przez swoje gardło.
Wczoraj przed mityngiem jeden z przyjaciół powiedział mi, że właśnie był w SPA, bo trzeźwość jest właśnie po to, żeby z niej korzystać. I biorąc pod uwagę, ilu pieniędzy nie przepijam, myślę, że stać mnie na przyjemności.
A dlaczego magiczne? Bo magicznie myślałem, że jak wypijam 5 setek to wcale nie to samo jakbym wypił pół litra. Tak niewoli picie alkoholu.


Komentarze
Pokaż komentarze