Właśnie wróciłem z firmowej imprezy. Zapowiedziane było, że będą drinki i impreza do późna.
Patrzyłem na swoich kolegów i koleżanki, bez zazdrości i niepotrzebnej złości, że oni mogą, a ja nie. Być może przez chwilę pojawiła się jakaś… tęsknota, lecz szybko zdusiłem to uczucie. A potem pomyślałem.
Różnica między nami jest taka, że oni potrafią wypić drinka, czy nawet pięć i w połowie szóstego odstawić szklankę. Ja wypiłbym siódmy i potem - jako że wszyscy patrzą - pewnie zszedł na dół i kupił flaszkę na dobicie. I jeszcze jedną na rano. Pewnie obie skończyłyby się wcześniej i rano kupowałbym ze wstydem następną.
Nie chciałem próbować, jak to jest.
W historiach o zapiciach przyjaciół ze Wspólnoty pojawia się zawsze jeden fragment: po pierwszym nic się nie stało.
Tego chyba najbardziej się boję. I dlatego cieszę się, że wyszedłem trzeźwy.


Komentarze
Pokaż komentarze