Gdy piłem, lubiłem grać w pokera. Najbardziej w czasach, gdy paliłem jeszcze papierosy. Pasowało to do siebie wszystko: dymek, karty, alkohol. Tak wtedy myślałem.
Zdarzało się, że wygrywałem, zdarzało, że przegrywałem, tłumaczyłem sobie to w ten sposób, że na przestrzeni miesiąca wychodziłem mniej więcej równo. Był to zresztą dodatkowy argument za tym, że radzę sobie dobrze. I że to kwestia szczęścia, bo kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma w miłości.
Tak czy inaczej, miałem problem z poczuciem sensu - wygrana starczała na piwo lub dwa, a przegrana nie bolała tak bardzo.
Ostatnio odpaliłem sobie grę w pokera, gdzie nie używa się prawdziwych pieniędzy, dla rozrywki. Gram też czasem w Black Jacka. Okazuje się, że na trzeźwo po pierwsze zawsze kończę tak, jak zakładałem i, owszem, przegrywam czasem, lecz przede wszystkim wygrywam, bo jestem w stanie wycofać się w odpowiednim momencie. Nie kusi mnie znów gra w knajpie, na pieniądze. Wygrałem coś ważniejszego.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)