Jestem alkoholikiem, co oznacza dla mnie, że święty nie byłem. Narobiłem wiele głupstw i wiele krzywdy - świadomie i nieświadomie. Narobiłem obciachu sobie, najbliższym, w swoim otoczeniu i pewnie poza nim. Mimo iż minęło już kilka lat od czasu, gdy przestałem pić, wciąż pojawiają się kolejne przewiny - mniejsze i większe.
Na terapii usłyszałem, że wszystkie te rzeczy przypominają plecak wypełniony ciężkimi kamieniami, które trzeba wynieść na górę. Prawda jest jednak taka, że jak opowie się o czymś, uświadomi, weźmie odpowiedzialność i choć spróbuje zadośćuczynić - można się pozbyć kamienia. I następnego. I kolejnych. Znów - nie oznacza to przyznawania się do zdrady po dziesięciu latach (Krok 9 brzmi przecież: Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych), chodzi o próbę, czasem tylko rozmowę o tym. Obietnica jest większa - można w ten sposób wyrzucić więcej kamieni. A nawet wszystkie.
Ostatecznie gdzieś więc na szczyt można już wejść bez obciążenia. I odetchnąć pełną piersią.
Nie wiem czy mnie się to już udało, na pewno jest mi lżej. Dużo lżej. Co jednak ważniejsze - staram się kolejnych kamieni nie dokładać, a jeśli nawet się pojawią - czym prędzej się ich pozbywam. Stać mnie na przyznanie się do winy i prośbę o możliwość zadośćuczynienia.


Komentarze
Pokaż komentarze