Napiję się dzień przed śmiercią, obiecałem sobie - powiedział kiedyś przyjaciel na mityngu. - A jako, że nie wiem kiedy to będzie, na wszelki wypadek nie piję.
Obudziło to we mnie sprzeciw. Jak inny przyjaciel, który opowiadał (na otwartym mityngu, stąd wiem), jak to jego kolega przychodził z flaszką w plecaku na mityng. Szczyt bezczelności, chamstwa i nieposzanowania innych. Poza tym, gdybym usłyszał coś takiego, gdy zaczynałem, powiedziałbym sobie że na tej konkretnej grupie nie mam czego szukać.
Alkoholik, który wygłosił teorię o niepiciu do ostatniego dnia przed śmiercią, jak się okazało, miał staż trzeźwości dość pokaźny. Powinien wiedzieć, co mówi.
Ostatecznie koncepcja do mnie przemówiła, gdy zrozumiałem, że właściwie nie mówi nic innego jak: nie pijąc przedłużam sobie życie.
Nie wiem, czy jest życie po śmierci. Nie wiem, czy jest niebo. Piekło, że jest - wiem. Byłem w moim własnym piekle.
Dlatego żyję tu. Teraz staram się przeżyć moje życie dobrze. Właśnie dzisiaj.


Komentarze
Pokaż komentarze