Bardzo szybko podczas terapii w ośrodku odwykowym dotarło do mnie, że nie ma innej drogi, jak szczerość i uczciwość wobec terapeutki i siebie. Ta terapia trwała około ośmiu tygodni, kurs stacjonarny, przyspieszony.
Potem poszedłem na terapię pogłębioną i ta trwała ponad dwa lata, właściwie: prawie trzy. I tu również starałem się być uczciwy wobec terapeutki i wobec siebie. Kurs był dochodzący, w intensywności przewidzianej normą.
A jednak okazało się, że nie do końca mi wychodzi.
Nie chodziło o moją złą wolę - naprawdę wierzyłem (i wierzę), że nie ma innej drogi. To mechanizm obronny organizmu, który polega na wyparciu pewnych zachowań, myśli. Niedopuszczeniu ich do siebie.
Inną sprawą było to, że miałem nieco zlasowany mózg. Może bardziej: przyćmiony wieloletnim piciem. W miarę postępowania trzeźwości, coraz dłuższej abstynencji, niektóre połączenia się odtworzyły lub stworzyły i ruszyły znów. Nie powiedziałem więc swoim terapeutkom wszystkiego nie dlatego, że nie chciałem, tylko dlatego, że naprawdę (na tamten czas) nie pamiętałem.
Teraz załatwiam to od ręki - z sobą, z Żoną, Przyjacielem. W zależności od potrzeby.


Komentarze
Pokaż komentarze