Na odwyku jednym z zadań było przygotowywanie planu dnia (o 7.45), następnie podsumowanie dnia (o 20.45). Próbowałem to robić, gdy wróciłem do domu, a potem do pracy. I nie dało się. W ośrodku czas był ustawiony w rytmie: pobudka, śniadanie o 7, o 7.45 planowanie dnia, o 8.30 grupa terapeutyczna itd. A w pracy ktoś coś chce, coś się wykrzaczy, ktoś coś zepsuje.
Tymczasem nie o to chodzi, by planować od godziny do godziny. Szczególnie, gdy pracuje się w systemie projektowym i po rozpoczęciu projektu zmienia się cały rytm jest to po prostu niemożliwe. Bo właściwie to wcale nie chodzi o czas, tylko o cele.
Teraz, gdy budzę się o poranku, staram się poświęcić choć chwilę na to, by zastanowić się co chcę osiągnąć, jakie cele zrealizować, czym się zająć.
Wieczorem przypominam sobie dzień, co udało się, co nie udało zrealizować. Co przekładam na jutro, co odpuszczam. Nauczyłem się też nie mieć do siebie żalu, że się coś nie wyszło.
Przestałem mieć się za ideał.
A może po prostu chodzi o to, że Wielki Plan wobec mnie jest inny i zacząłem dopuszczać do siebie tę świadomość.


Komentarze
Pokaż komentarze