Gdy wróciłem z ośrodka odwykowego poszedłem na obiad z Żoną i jeszcze jednym małżeństwem. Widziałem, że coś jest nie tak, więc w końcu zapytałem.
Czy możemy kupić sobie piwo? - spytała przyjaciółka. - Nie będzie ci przeszkadzać?
Gdy piłem, wszystko musiało być po mojej myśli, bo byłem egoistą i egocentrykiem. Ta sytuacja uświadomiła mi, że powinienem dać innym żyć ich życiem. I nie chodzi tylko o picie alkoholu. Chodzi o to, żeby, na przykład, Synkowi dać się pomylić.
Próbuję ograniczać swoje ego i pozbyć się zarówno egoizmu jak egocentryzmu. Dlatego nie zabraniam nikomu picia alkoholu w moim towarzystwie. Nawet, gdy ktoś odwiedza nas i ma ochotę wypić lampkę wina czy piwo. Żona ma kilka butelek na taką okazję i mnie nic do tego.
Jak ja piłem, to nie pytałem się, czy mogę, tylko szedłem w tango. I to właśnie powiedziałem Żonie.
Jest między nami różnica: Ona potrafi spróbować i stwierdzić, że nie smakuje jej wino. Wtedy wylewa całą butelkę. A ja, mimo jakiegoś już czasu trzeźwości, wciąż nie umiem zrozumieć takiego marnotrawstwa.
Moja Żona pije bardzo rzadko, a ostatnio bierze leki, więc nie dotyka alkoholu (tego też nie umiałem). Kupiłem Jej bezalkoholowe Martini, podałem, a Ona bardzo mi podziękowała. Ten smak - powiedziała. - Tylko procentów nie ma.
A mnie tylko o procenty by chodziło, nie o smak. Dlatego alkohol traktuję jak karmę dla kotów. Jest w domu, bo mamy koty. Nie jem jej, bo nie jest dla mnie.


Komentarze
Pokaż komentarze