Zawsze powtarzam, że chodzę na mityngi, żeby trzeźwieć a nie trzeźwieję, żeby chodzić na mityngi.
Znam wielu, którzy idealizują Wspólnotę (Dopiero tu mi pomogli itp.). Znam takich, którzy uważają, że nie ma innej drogi. Znam takich, którzy trzeźwieją, żeby chodzić na mityngi. Znam też takich, którzy chodzą na mityngi, bo boją się, że zapiją, z pełnym przekonaniem wierząc, że mityng dziennie pozwoli im nie zapić.
Nie mam bałwochwalczego stosunku do Wspólnoty. Uważam, że jest potrzebna, aczkolwiek szanuję też fakt, że każdy ma swoją drogę i u jednych może ona być przez terapię, u innych zawierać wiele terapii, a u jeszcze innych - w ogóle. Uważam, że każda droga jest dobra, żeby trzeźwieć i nie ma „tej lepszej”.
Na mityngach chętnie słucham o tym, co człowiek robi dla swojej trzeźwości. Jak przechodzi Program. Jak układa mu się życie i co jest w stanie teraz załatwić, zrobić, osiągnąć dlatego że nie pije. Nie chcę słuchać piciorysów. Nie interesuje mnie kto, z kim, ile, czego i gdzie wypił. Nie obchodzi mnie, jak się upodlił. Owszem, takie opowieści są też potrzebne - na mityngach spikerskich czy rocznicowych.
Wspólnota nie jest moją przystanią - nawet nie mam jednej grupy, tak zwanej macierzystej. Jeżdżę, gdzie mi odpowiada. Na każdej czuję się „u siebie”. Tak samo, gdy gram z przyjacielem w ping ponga.
Na mityngach nie kończą się możliwości ciekawego życia. Własnego.


Komentarze
Pokaż komentarze