Nie chce mi się pić - na co dzień. Nie mam potrzeby, nawet w trudnych momentach nie czuję potrzeby, żeby „sobie chlapnąć”, dla ulgi. Nie ma drogi na skróty - tego dowiedziałem się nas terapii a potem potwierdziłem w AA.
Czasem przechodzę w sklepie koło półki i kątem oka zauważam nową whisky lub wódkę, której butelka wygląda ciekawie. Lub widzę piwo, które przyciąga wzrok. Przychodzi mi myśl, że chciałbym spróbować. Interesuje mnie smak. Nie efekt - przynajmniej na świadomym poziomie.
Wiem, że alkohol jest wrogiem podstępnym, potężnym i przebiegłym, dlatego dopuszczam, że gdzieś pod tym jest moje podświadome pragnienie powrotu do nałogu. Do znów używania.
Wtedy dzwonię, ten nawyk mam z AA - szukam pomocy. Do mnie dzwonią. Pomagamy sobie nawzajem.
Pomaga mi też, paradoksalnie, widok lokalnych lumpów. Patrzę na nich i przypominam sobie, że kiedyś myślałem: tacy to mają dobrze, interesuje ich piwko, a ja praca, problemy… Dziś patrzę na nich i myślę sobie, że cieszę się, że nie jestem w tym miejscu. I wiem, że jeślibym spróbował, prędzej czy później trafiłbym do tego towarzystwa. Mam wrażenie, że jest im dobrze tam, gdzie są.
Nie podchodzę do nich, bo nie mam co im powiedzieć. Co z tego, że jestem gotów? Oni nie są.


Komentarze
Pokaż komentarze