Jestem z tych, u których nie było pioruna z jasnego czy nawet ciemnego nieba. Co zresztą próbowałem narysować.
Zmiana zachodzi we mnie powoli, albo lepiej: wolniej niż bym sobie tego życzył ja. Przekonuję siebie codziennie, że nie chodzi o to co ja sobie życzę, tylko o to, co mi jest potrzebne. Doświadczenie, nie problem - powtarzam sobie.
Nieklasyfikowanie zdarzeń jako „dobrych” czy „złych” nie jest proste, bo naturalną reakcją jest ocena: lubię to lub nie. Czuję się z tym dobrze lub niedobrze. Na terapii panie terapeutki mówiło o uczuciach „lubianych” i „nielubianych”. Dopiero od niedawna to rozumiem.
Nie wiem czy mój pogląd na życie zmienia się na lepsze. Moje życie staje się bardziej harmonijne, bardziej spokojne, bo godzę się z wieloma rzeczami. Dopuszczam możliwość, że może być inaczej, niż ja chcę, bo właśnie to jest dla mnie dobre.
I nie są to czcze słowa - ostatnio moja Żona miała problemy zdrowotne. Nic przyjemnego, kosztowało mnie mnóstwo sił, a jednak dało mi to możliwość zajęcia się Nią, pomocy. Odebrałem też lekcję pokory i wdzięczności. Dziś, gdy jest dużo lepiej patrzę na to również jako oddanie pewnego zobowiązania, jakiś czas temu to ja byłem w szpitalu i to Ona koło mnie biegała.
Ostatnio na mityngu powiedziałem, że jest mi dobrze jak jest. I niech się nie zmienia. To chyba jest największa zmiana w moim światopoglądzie.


Komentarze
Pokaż komentarze