Nie czuję się „szychą” w AA. Nie chcę się tak czuć, może dlatego nie pali mi się, żeby przyjąć jakąś służbę, typu rzecznik.
Prawda jest też taka, że mam co robić w pracy i mam dość odpowiedzialności tam, żeby przyjmować jeszcze inne.
Jest również taka, że nie traktuję mityngów jak Świętego Graala. Nie mam nawet, jakby dobrze spojrzeć, swojej macierzystej grupy. Mam ochotę pojechać tu czy tam - jadę. Nie pasuje mi ta grupa, to jeżdżę tak rzadziej, ale nie zostawiam.
Zawsze powtarzam, że chodzę na mityngi żeby trzeźwieć, ale nie trzeźwieję, żeby chodzić na mityngi. Kariery w AA również robić nie zamierzam.
Nawet, szczerze powiedziawszy, się do tego nie nadaję. Nie „przerobiłem” Programu, nie czuję potrzeby zgłębiać Tradycji, a Konecepcje są dla mnie kompletnie nieważne.
Jestem we Wspólnocie AA już jakiś czas. Największą przyjemność sprawia mi mityng, na którym jest mnóstwo młodszych ode mnie stażem. Mają otwarte umysły. Może jeszcze mają świeże spojrzenie.
Albo po prostu nie przesiąkli stereotypami. Z którymi staram się walczyć. Nie ze Wspólnotą.


Komentarze
Pokaż komentarze