Mam przyjaciela, który jest terapeutą, nie tylko uzależnień. Jest również alkoholikiem, po kilku odwykach. Podziwiałem go, że mówi o tym tak otwarcie, zupełnie się nie wstydząc. Dla mnie wtedy pobyt w ośrodku leczenia uzależnień był upadkiem na samo dno. Ze zdziwieniem patrzyłem, jak kupuje on sobie piwo. Pojechałem na odwyk jakoś rok później. Potem byłem już tylko zniesmaczony jego zapiciami. Jest terapeutą, więc nie potrzebuje mityngów, tak twierdzi.
Na mityngach spotykałem czasem jednego alkoholika, który ujął mnie mądrością swoich wypowiedzi i odwagą głoszenia zupełnie innych poglądów niż większość grupy. Był sponsorem i nawet rozmawialiśmy, czy nie zechciałby mnie sponsorować. Zdecydowaliśmy, że jeszcze nie. Nie w tym momencie.
Bardzo przeżywałem każde zapicie, o którym słyszałem na mityngach. Do czasu, gdy widziałem tylko ludzi, którzy żałowali, że to się stało, opowiadali o wstydzie i smutku. Kiedyś spotkałem alkoholiczkę, która powiedziała: Zapiłam, bo jestem alkoholiczką. Jest to wliczone w moją chorobę, więc nic dziwnego, że się zdarzyło. Któryś, kolejny raz?
Kiedyś zadzwonił do mnie człowiek z problemem alkoholowym. Jego żona poprosiła moją Żonę, żebym z nim porozmawiał. Zapytał o ośrodek, w którym się leczyłem, bo jego żona tam właśnie chciała go wysłać, jak wcześniej moja wysłała mnie. Czy tam terapeutami są alkoholicy? - padło pytanie. Pokłosie dziwacznego stereotypu, że tylko alkoholik zrozumie drugiego alkoholika. A - jak wiecie - walczę ze stereotypami. Nie - odpowiedziałem. - Po pierwsze, to w większości kobiety. Nie są alkoholiczkami. Tym samym masz pewność, że żadna z nich nie pójdzie pić.


Komentarze
Pokaż komentarze