Mityngi zdarzają się lepsze i gorsze. Bywają takie, po których wychodzę naładowany dobrą energią, spokojem i wiele się dowiaduję. Bywają takie, że wychodzę zmęczony. Czasem wychodzę zniesmaczony.
Rozmawiam o tym co najwyżej ze swoim - bardzo zaufanym - Przyjacielem. Mam ich dwóch i czasem jeździmy na mityngi we trzech. Nie obrażamy się na grupę, w której mityng nie przypadł nam do gustu, staramy się tam pojechać za jakiś czas znów.
Wychodzimy z założenia, że Wspólnota tam przetrwa, bo czemu i by nie miała.
Choć właśnie dobro Wspólnoty trzeba mieć na oku przez cały czas. Kiedyś przychodził do jednej grupy człowiek, który okropnie śmierdział. Niby miał prawo przychodzić, lecz właśnie ze względu na dobro Wspólnoty daliśmy mu wybór - albo zacznie się myć, albo niech nie przychodzi.
Nie może być tak, że jeden człowiek powoduje, że kilka osób nie przyjdzie na mityng.
Jestem w stanie wiele wytrzymać. Koło wspomnianego wyżej gościa siedziałem kilka razy, uważając, że pokora tego wymaga. I dobro Wspólnoty, bo Tradycja Trzecia (Jedynym warunkiem członkostwa w AA jest pragnienie zaprzestania picia).
Ja też jestem ważny. I wcale nie chodzi o egoizm. Jedność, nie jednomyślność.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)