Na mityngach często powtarzam, że jestem dzieckiem terapii. To tam się zaczęło i to tam uczyłem się rozumienia siebie, bycia uczciwym i tym podobnych rzeczy.
Potem poszedłem na terapię pogłębioną i czasem pałałem niechęcią do terapeutki, do pytań, które mi zadawała, tego, jak zostawiała mnie z niedokończonymi rzeczami.
I miałem poradzić sobie sam.
Jest pan gotowy - powiedziała mi na jednym z naszych ostatnich spotkań. - Tutaj naprawdę niewiele jeszcze mogę zrobić.
Wtedy myślałem, że chodzi o pieniądze: kończył się mój czas prawie dwóch lat, jak myślałem. To było więcej, niż dwa lata, jak policzyłem. Prawie trzy - to byłoby lepsze określenie.
Potem chodziłem na mityngi i w pewnym momencie zauważyłem, że to, o czym mówią ludzie, którzy „przerobili” Program, ja mam w sobie. Wtedy spojrzałem na Program Dwunastu Kroków inaczej, widząc, ile z tego zrobiłem z panią terapeutką. Może lepiej: drugim człowiekiem.
Dziś mam Wspólnotę, ale też (przede wszystkim) mam rodzinę. Aktywności. Przyjaciół. Rozwój. Chodzę na mityngi, by być trzeźwym. Nie trzeźwieję po to, by chodzić na mityngi.
Chyba zaczynam się powtarzać.


Komentarze
Pokaż komentarze