Nie narzekam od jakiegoś czasu, że za późno wziąłem się za siebie, że mogłem wcześniej, że czemu ja. Owszem, miałem taki okres użalania się nad sobą i swoim - jak mi się wydawało - parszywym losem. Bo inni tak nie mają. Bo byłbym tam gdzie oni.
Problem ze mną polegał na tym, że definiowałem swoje szczęście, ocenę, pozycję i swój świat poprzez innych, pomijając siebie. Nie interesowało mnie, czy będę/jestem zadowolony z decyzji czy działania, lecz jak będzie ono odebrane przez innych.
Jakiś czas temu zacząłem odczuwać porządek w swoich uczuciach, świecie, relacjach. Zacząłem czuć, że jest w tym wszystkim jakiś głębszy sens. Przykład?
Na początku naszego małżeństwa poznałem pewną dziewczynę (X). Moja Żona miała problemy z kręgosłupem - od kilkunastu lat. Unikała operacji, chodząc do kręgarzy, na masaże, zabiegi, a potem dowiedzieliśmy się, że X również to robi. Moja Żona poznała dziewczynę (Y), która pracuje w pewnym szpitalu. U Syna zdiagnozowano pewną chorobę, dość częstą u młodych sportowców, leczył go lekarz (Z)., który zaordynował kurację również dla Żony. Problemy z kręgosłupem tak się nasiliły, że ta musiała trafić do szpitala, wybraliśmy ten, w którym pracowała Y. Zawiozła nas X, która jest również ratowniczką medyczną. W szpitalu poznałem mnóstwo ludzi z całej Polski i okazało się,, że to najlepsza placówka tego typu na skalę nie tylko województwa. Po operacji Żona nie ma problemów neurologicznych dzięki kuracji Z. W tym czasie, gdy była w szpitalu, trafił do niego nasz znajomy i tak dowiedzieliśmy się, że ma guza w mózgu.
Wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Nie wymyśliłbym tego, choć swego czasu chciałem być pisarzem.
Stąd wiem, że jestem dokładnie tu, gdzie powinienem być. Taki, jaki być powinienem.


Komentarze
Pokaż komentarze