Na początku trzeźwienia mój Bóg, Jakkolwiek Go Pojmuję, doświadczył mnie pobytem w szpitalu. Czułem przerażenie sytuacją, w której się znalazłem. Niepewność jutra, które mogło nie nadejść. Leżałem na sali zwiększonego dozoru medycznego, popularnym OIOMie. Po oddziale roznosił się zapach środka dezynfekującego śmierdzący jak bimber produkcji mojego ojca. Nie miałem się do kogo odezwać, jak wstać, podpięty do kroplówki, a jeszcze pielęgniarka przyniosła mi tabletki w plastikowym kieliszku.
Pomyślałem wtedy, że nie wytrzymam i pójdę jakoś pociągając ze sobą pompę, która w żyłę tłoczyła mi lek. Wezmę ten kieliszek, wysypię tabletki i będę naciskał tłoczek tak długo, aż nabierze się pełny kieliszek. A potem znów.
Na terapii uczyli mnie, że jak chce mi się pić, warto odwlec to o jakiś czas: dzień, godzinę, pół, nawet parę minut. Tak zrobiłem. Wtedy pierwszy raz zacząłem rozmawiać z moim Bogiem, Jakkolwiek Go Pojmuję.
Był to ostatni raz, gdy miałem jeszcze tak zwaną obsesję picia. Potem czasem przychodziło mi do głowy, żeby spróbować. Ciekawiło mnie, jaki ma smak jakiś alkohol. Zdarzało mi się spojrzeć z tęsknotą na półkę z żołądkową gorzką.
To tylko myśl - powiedziała mi terapeutka. - A myśli nie są groźne, dopóki nie dajemy im przejść w czyn.
I to też wciąż pamiętam.


Komentarze
Pokaż komentarze