Z jednej strony: Nadzieja matką głupich. Z drugiej: Każda matka swoje dzieci kocha. Z trzeciej: Nadzieja umiera ostatnia.
W żadnym z tych stwierdzeń nie ma całej prawdy, ale przecież nie po to piszę, żeby się popisać znajomością słówek i popularnych kulturowo powiedzeń.
W okresie picia bardzo często jednak rzucałem innym tym powiedzeniem o matce, bo - jak patrzę z dzisiejszej perspektywy, moja nadzieja albo wtedy umarła albo ledwo się tliła.
Skąd potrzeba zdrowienia? Kochała mnie bardzo moja Żona i to ona wierzyła, że jeszcze dam radę. To ona namówiła mnie, żebym spróbował, właściwie - wysłała mnie na terapię ponad 300 kilometrów od domu. I tam, dzięki pracy nad sobą, a może przez pracę nad sobą - zacząłem odzyskiwać nadzieję.
Dziś to nawet niekoniecznie nadzieja. Coraz częściej czuję, że wszystko jest na swoim miejscu. Tak, jak powinno być. Dokładnie.
PS. Wczoraj wieczorem nie działał Salon24.pl - przynajmniej u mnie. Dlatego notkę napisałem, lecz nie byłem w stanie jej opublikować.


Komentarze
Pokaż komentarze