Byłem mistrzem planowania. A właściwie - robienia planów. Im większych, tym lepszych. Najlepiej: największych i najpotężniejszych. To, co miałem zrobić, musiało być naj.
Oczywiście, wymyślałem to po pijanemu, czasem nawet próbowałem zapisać, najczęściej jednak dochodząc do wniosku, że zapiszę wieczorem, a teraz jeszcze pomyślę, położę się, bo lepiej się myśli…. Potem budziłem się z kacem i trzeba było do pracy. Wspaniały pomysł, tak drobiazgowo zaplanowany był tak naprawdę cieniem siebie, a nawet jeśli coś zapisałem, to albo nie dało się tego odczytać, albo nawet nie chciałem doczytać się tego, co napisałem.
Gdy przestałem pić, wciąż zdarza mi się marzyć przed snem i nie zdążyć zapisać pomysłu. Wychodzę z założenia, że skoro przyszedł raz, przyjdzie znów, bo dużo więcej pamiętam. Zapisuję pomysły, robię notatki, zostawiam, do niektórych wracam.
Nauczyłem się czego innego. Plan może być, lecz w moim przypadku najlepiej sprawdza się ogólny, tylko poukładanie rzeczy po kolei. A potem robienie ich. Dzień po dniu. Krok po kroku. Element po elemencie. Jak z tym blogiem: notka po notce już drugi rok. Jak z moim graniem w tenisa stołowego, już ponad rok.
Ważne, żeby codziennie. Wtedy fajnie jest spojrzeć w pewnym momencie w tył i zobaczyć ile tak naprawdę zrobiłem.


Komentarze
Pokaż komentarze