Gdy byłem dzieckiem, nie pamiętam, abym dostawał pochwały. Nie chwalono mnie za osiągnięcia, gdy zrobiłem coś dobrze, kiedy wykonałem jakieś zadanie. Raczej słyszałem braki rozwiązania: „czemu piątka z minusem”, „tu krzywo sklejone” albo nawet tylko „można było lepiej”.
Odbiło się to na mojej samoocenie. Gdy coś przygotuję, szukam w tym niedoróbek, a gdy znajdę to zbyt późno, na przykład podczas spotkania z klientem - czuję się z tym źle i najchętniej bym poprawił od razu.
Zrozumienie, że nie muszę być idealny, najmądrzejszy, najlepszy itp. zajęło mi naprawdę dużo czasu. Bardzo trudno było mi sobie odpuścić, choć odpuszczanie innym nie przychodzi mi trudno.
Pewnie dlatego chwalę wszystkich dookoła. Pana, który pokroił dla mnie wędlinę w sklepie - za to że trafił z wagą. Panią w piekarni, gdy podaje mi chleb, bo dokładnie ten mi się podobał. Chwalę też Synów za ich - nawet niewielkie osiągnięcia: narysowany obrazek, animację, ocenę w szkole - niekoniecznie najwyższą i najlepszą. Chwalę Żonę za pyszny obiad, mówię, że pięknie wygląda i doceniam za obecność.
Jeszcze trudniej przyszło mi przyjmowanie pochwał. Naturalne, z uśmiechem, przejście do porządku zamiast krygowania się, poniżania o obniżania swojej wartości.
I tak, najbardziej lubię wiedzieć, że coś zrobiłem najlepiej jak umiałem. Gdy ktoś to doceni - jest jeszcze przyjemniej.


Komentarze
Pokaż komentarze