Zaczynając trzeźwieć, miałem w sobie ogromną ilość niepewności, kompletny brak pewności siebie i samoocenę poniżej poziomu gruntu. Wszystko dlatego, że gdzieś tam, pod skórą, wiedziałem, że jestem po prostu alkoholikiem.
Ten termin kojarzy się z kimś brudnym, śmierdzącym, bez pracy, z kolejnym piwem w ręce. Nie doszedłem do tego etapu, pobyt w ośrodku pokazał mi, dokąd dojdę, jeśli będę wciąż pić. I to był chyba pierwszy z elementów mojej pracy nad sobą. Dopiero jakiś czas później znalazłem rozdział Wielkiej Księgi Dla tych, którzy zatrzymali się w porę.
Bycie trzeźwiejącym alkoholikiem to mierzenie się z pamięcią i opinią innych, aczkolwiek nikt nie jest dla mnie większym krytykiem, niż ja sam. To ja wiem najlepiej, że nie zrobiłem czegoś dokładnie, doskonale, najlepiej. I ja nie wiedziałem, że właśnie tak robi się większość rzeczy. Nie muszą być idealne. Ważne, że są moje.
Bardzo chciałem być uczciwy wobec siebie. Dopiero później zrozumiałem, że to również znaczy docenianie swoich sukcesów. Znaczy - pomoc innym i niebronienie się przed pochwałą za dobrze wykonaną pracę. Bycie dobrym mężem. Ojcem.
Przestałem widzieć spiski wokół siebie, bo przestałem spiskować. Mam spokój i wiarę w siebie.


Komentarze
Pokaż komentarze