Byłem wczoraj na świetnym mityngu. Odświeżającym, ciekawym, ujmującym. Wiele zyskałem słuchając tych wypowiedzi, cieszę się, że kilka osób po mityngu zostało chwilkę porozmawiać, wymienić się uwagami. Słuchało mnie.
Nie powiem tu „Tak, ale”. Uważam na słowo „ale” - jest ono dla mnie czerwonym światłem. Pokazuje mi, że coś jest nie takie, jak być powinno.
Nie mówiłem po to, żeby być podziwiany i być może dlatego poczułem się dobrze. Być może dlatego nie zirytowałem, że Syn zamiast mi pomóc, wolał oglądać mecz. Zrobiło mi się przykro, i owszem. I tu znów mogłoby pojawić się: „ale”. Nie ma, bo po prostu zrobiło mi się przykro, a nauczyłem się, że chcąc zmieniać świat, trzeba zacząć od siebie. Staram się nie pielęgnować w sobie złości, trzyma urazy, denerwować się. Czuję dystans i pozwalam sobie na dopuszczenie do siebie negatywnych emocji. Pozwalam je sobie czuć. Nie jestem doskonały i świat wokół mnie też nie jest.
Obiecałem mu coś w sobotę i dotrzymam słowa. Bez wyrzutu.
W końcu ja też byłem nastolatkiem i nie umiałem być wdzięczny, dostrzec w rodzicach ludzi, którzy się starają. Nie znaczy to jednak, że nie będę chciał z Nim jutro o tym pogadać, gdy zostaniemy w domu sami. Bez wyrzutów. Oznajmiając.
I tyle.


Komentarze
Pokaż komentarze