Ładne słowa. Ciekawe, bo kiedyś myślałem, że do miłości potrzebna jest siła. W końcu jestem mężczyzną, to kojarzyło mi się z byciem silnym w sensie fizycznym, władczością, może nawet brutalnością. Byłem skądinąd typem słodkiego łobuza, upatrując w tym swój urok i atrakcyjność.
Owszem, moja Żona lubi to, że jestem silny, ale nie chodzi o fizyczną siłę. Jest ode mnie wyższa o dziesięć centymetrów i pewnie trochę więcej cięższa. I jestem Jej oparciem, pomagam, biorę na siebie niektóre aspekty życia, jak na przykład trudne rozmowy z Synami. Których, nawiasem mówiąc, nie przeprowadził ze mną mój ojciec.
Najlepsza definicja miłości, jaką znam, to ta z Obcego w obcym kraju: Miłość jest wtedy, gdy chcesz, by komuś było lepiej niż tobie. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Na początku mojego trzeźwego życia to ja byłem słaby, leżałem w szpitalnym łóżku, a Żona o mnie dbała. Źle się z tym czułem, lecz w Jej oczach widziałem coś, co przekonywało mnie, że właśnie tu chce być. Poczułem to samo, gdy w tamtym roku to Ona spędziła jakiś czas w szpitalu, a mnie sprawiało przyjemność bycie obok, odwiedzanie Jej, a nawet spojrzenie na Jej twarz przez drzwi.
Słyszałem o parach, które rozchodzą się, bo partner czy partnerka przestaje im się podobać, bo nie jest taki czy taka. Przekonałem się, że miłość to wcale nie jest uniesienie. To jest zaufanie, wsparcie i czułość. Choć seks nie jest, oczywiście, nieważny. Życie jest sumą elementów.


Komentarze
Pokaż komentarze