W miarę tego, jak sam jestem ojcem, zaczynam zauważać, ile robili dla mnie rodzice.
Miałem dobrych rodziców: mama była bibliotekarką, a ojciec nauczycielem w szkole muzycznej. Mama piła koniak albo bimber, zawsze kieliszek, maksymalnie dwa. Ojciec różnie, kilkakrotnie pamiętam, że zabieraliśmy go z knajpy. W szkole, gdzie pracował też w tamtych czasach nie wylewali za kołnierz, chodząc czasem „na ciastko" jak nazywali proste wina. Potem ojciec miał wypadek i przestał pić, a ja nie wiem, czy wolałem go pijanego czy jako abstynenta.
Ojciec produkował alkohol, chętnie go wlewał we wszystkich odwiedzających, przywoził mi na studia, zawsze wywoziłem z domu. Długo oskarżałem ojca o to, że mnie rozpijał. Prawda jest jednak taka, że jakoś tam, po swojemu, rodzice mnie kochali.
A alkohol wlewałem sobie do gardła sam, był dla mnie ucieczką i wolnością. Rodzice bardzo chcieli wychować mnie na porządnego człowieka, który nie pije, nie pali, nie rozrabia. Długo udawałem, że nie palę, że jestem grzeczny. Starałem się udawać, że nie piję, lecz gdy przyjeżdżałem, kryłem flaszki po kątach. Wtedy bardzo chciałem być pisarzem.
Dziś, mam już za sobą rozmowę o seksie z synem której ojciec ze mną nie przeprowadził , sam nie piję, ale nie chcę ani kupować Synom alkoholu, ani go im zabraniać. Mówię otwarcie, czemu nie piję. Proszę tylko, by nie próbowali narkotyków. Taka rola.
Przypominam, że powyższy tekst jest również dostępny w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze