Lubię powtarzać, że nie wierzę czasem, dokąd doszedłem. Jeszcze parę lat temu wszystko to wydawało mi się niemożliwe, niesamowicie skomplikowane. Zupełnie nie dla mnie.
Kluczem, oczywiście, jest utrzymywanie trzeźwości. Nie chodzi o te wszystkie stereotypy i slogany, że „gdybym pił, to wszystko bym stracił”. Bardziej patrzę na to, że gdy piłem, czułem się spętany. Nie miałem w sobie śmiałości potrzebnej do tego, by uznać, że potrafię. Nawet takiej, żeby tylko chcieć spróbować. Tylko chcieć spróbować. Widzieć jakikolwiek sens próby.
Wtedy też miałem dużo niższe poczucie własnej wartości, mimo tego, że siebie samouwielbiałem. Mówiłem sobie, jaki jestem zajebisty, pomiędzy kolejnymi drinkami. Problem polegał na tym, że musiałem to słyszeć od innych. I cały czas bałem się, że źle wypadnę, że coś pójdzie nie tak i ktoś o mnie pomyśli źle.
Teraz słucham bliskich - żeby nie wpaść w samouwielbienie. Przede wszystkim jednak próbuję usłyszeć elementy planu Mojego Boga Jakkolwiek Go Pojmuję. Pytam Go, co mam zrobić. I decyduję o tym, co zrobię. Czasem lepiej, czasem gorzej.
Przynajmniej przestałem się bać.


Komentarze
Pokaż komentarze