Oglądałem ostatnio film o powstaniu teledysku i w ogóle piosenki We are the world. Czterdzieści gwiazd popu zaśpiewało wspólnie piosenkę, zebrała w jednym miejscu i zrobiła przebój, który do dziś wzrusza. Ja się popłakałem. Co jednak najważniejsze - nad wejściem wisiała kartka: Ego zostawiamy za drzwiami.
Wczoraj pisałem o tym, że uważałem się za gorszego, słabszego. I to mimo tego (a może właśnie dlatego), że jestem zdiagnozowanym przez psychiatrę narcyzem. Co prawda w łagodnej formie, aczkolwiek jednak - lubię błyszczeć, lubię być w centrum uwagi, lubię być chwalony. Uwielbiany.
To się przydaje - na przykład przy prowadzeniu szkoleń (mam taki epizod w swojej karierze). Nie mam problemów z występowaniem publicznie, spotkań z klientami czy wciągnięciem w rozmowę przypadkowych osób. Umiem bajerować i ściemniać.
Tego wszystkiego chciałem się pozbyć. Potem stwierdziłem, że bez sensu jest pozbywanie się umiejętności. To trochę tak, jak z umiejętnością przemycania flaszek za czasów mojego pijaństwa. Dziś wciąż korzystam z tej umiejętności, zastąpiłem jednak butelki prezentami i niespodziankami. Jestem specjalistą we wnoszeniu ich do mieszkania, a potem ukrywania tak, żeby nikt nie znalazł.
Dlatego, że przestałem wątpić. Odkryłem, że nie jestem do końca zły. Do końca dobry też nie umiem być.


Komentarze
Pokaż komentarze