Jest wiele cudów w moim życiu. Żółty liść, który tańczy w powietrzu jest jednym z nich. Przyroda - jak już pewnie pisałem - uspokaja mnie. Zachwyca mnie piękna dziewczyna o długich udach i pięknych piersiach.
Dlatego nie rozumiem na mityngach „krwawiących diakonów”, zaczynających swoją wypowiedź zwykle od jakiegoś fragmentu związanego z piciem. Co pił, gdzie pił, z kim pił, ile wypił, czego wypił i tak dalej. Jest to logiczne, gdy spojrzy się ze strony, że wypowiedź powinna być związana ze zdrowieniem z alkoholizmu. Tylko tego zdrowienia tam nie widzę.
Sam nie chodzę na imprezy, jestem w tej grupie, która uprawia inne aktywności fizyczne, gram w ping-ponga. Nie zabraniam innym imprez, bo tak chcą się bawić i tak manifestować swoją trzeźwość.
Ostatnio była ponad dwudziesta rocznica mojego Przyjaciela. Bardzo chciałem pojechać, lecz Syn oznajmił mi dwa dni wcześniej, że zaczyna nowy rozdział na zajęciach z programowania i na kursie proszą, żeby ktoś dorosły był w domu. Zostałem i - choć wszystko ogarnęliśmy razem trochę wcześniej i właściwie nie miałem nic do roboty - nie żałuję. Byłem i wiem, że On będzie pamiętał, że tata był, gdy go potrzebował.
Po to trzeźwieję. I o tym chcę opowiadać na mityngach. Chcę uczestniczyć w radosnych spotkaniach i widzieć ludzi dumnych z trzeźwości, pokazujących, co dzięki niej zyskują. Niektórym przeszkadza nawet „Sto lat” śpiewane podczas rocznic.
Mnie nie. Lecz każda grupa rządzi się swoimi prawami.



Komentarze
Pokaż komentarze