Myślę sobie, że jednym z najgorszych emocji, z jakimi sobie nie radziłem podczas picia to lęk. Odczuwałem też niepowstrzymywalny strach przed wszystkim - oceną, wyjściem na zewnątrz, krytyką. Potem, gdy już zacząłem mieć zwidy i wyobrażać sobie różne rzeczy - strach o rodzinę, którą chciałem chronić przed demonami. Dlatego dzieciom pod materace wkładałem egzorcyzmujące modlitwy, wieszałem symbole ochronne, sypałem w wejściu sól.
Gdy dziś to piszę - nie wierzę, że to robiłem, tak naprawdę dlatego, że naoglądałem się filmów (na przykład Nie z tego świata) i naczytałem się książek.
Taki byłem - strach (lub lęk) osaczał mnie i zostawiałem to tak. Piłem, tworząc mur nieodczuwania i było mi lżej.
Potem, na terapii, pracowałem nad swoimi lękami, pracowałem nad strachem, oswajałem go, zaczynając rozumieć swój wstyd. Aż dotarło do mnie, że teraz nie piję i nie zachowuję się tak. Tamto zachowanie jest za mną, jeśli nie zacznę pić - nie wróci. Trzeba je zamknąć: przeprosić, pogodzić się, czasem po prostu spojrzeć w oczy.
Dziś, gdy się boję - proszę mojego Boga Jakkolwiek Go Pojmuję, by dał mi siłę i pokierował mną tak, żebym zrobił to, co mam zrobić. I wciąż się boję. Podzielenie strachu na dwóch - pomaga.
Tekst notki jest dostępny również w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze