Bardzo nie lubiłem naszej działki. Nie lubiłem pracować motyką, widłami czy plewić grządki. Lubiłem, czasem, grabić, bo potem robiliśmy ognisko i piekliśmy kiełbaski, a potem ziemniaki w żarze.
Pamiętam jednak, że lubiłem sadzić różne rzeczy, choć zbierać już niekoniecznie. Lubiłem robić dziurkę w ziemi i wrzucać w nią ziarenko, a potem przykryć kolejną warstwą ziemi i podlać. Zawsze coś z tego ziarenka wyrastało, zupełnie przypadkiem zawsze to, co mówiła ciocia, jakimś cudem pamiętając, gdzie posadziliśmy marchewkę, a gdzie piertuszkę. Myślałem jakiś czas, że tak właśnie dzieje się zawsze - jak się coś w ziemi zakopie, to coś z tego wyrośnie. I może dlatego myślałem, że ludzi też to dotyczy.
Co ciekawe, dziś, gdy mam kilkadziesiąt lat więcej, znów w to wierzę, że jest coś potem. Że żyjemy po coś i potem przenosimy się gdzieś. Może w nowe ciało, może w boską całość, może w wolne miejsce we wszechświecie.
Kto wie, co z tego wyrośnie.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału na YouTube.
https://youtu.be/6IRvhpjAc1k


Komentarze
Pokaż komentarze