Jeden z kolegów powiedział kiedyś na mityngu, że jak pił to nie miał problemów. Problemy ma teraz, bo życie na trzeźwo pokazuje je w pełnym świetle, alkohol zaś je pokrywa.
Miałem to samo. Odsuwałem od siebie myśl o załatwieniu sprawy na dobre za pół godziny. Potem - jeszcze jeden drink. I w końcu zasypiałem, a problem nie zasypiał wraz ze mną. Cały czas siedział, żeby, gdy tylko się obudzę, zaatakować z podwójną siłą.
Właśnie tak.
Teraz też mam problemy, ale się nimi nie martwię. Staram się je rozwiązywać. Biorę się za to rzeczywiście, czasami z opóźnieniem, ale nie dlatego że nie chcę, tylko dlatego, że mam coś innego do zrobienia. Martwienie się jest tak naprawdę odkładaniem na potem. Dodatkowo, to że martwię się dziś, nie znaczy, że jutro będę miał mniej zmartwienia. Nie chodzi o to, by męczyć się i zastanawiać, co będzie. Trzeba to zrobić.
Po prostu stawić czoła problemowi.


Komentarze
Pokaż komentarze