Przechodząc Pierwszy Krok miałem trudność z przyznaniem się do tego, że jestem bezsilny i że nie kontroluję mojego życia. Prawda jest taka, że w okresie picia, w pewnym momencie rzeczywiście przestałem, jak to się dziś mówi, ogarniać. Im mniej czułem się sprawczy, tym bardzizej chciałem się czuć. Stąd piłem więcej, cierpiąc że nie mogę. Ot, pijacka logika.
Wracając do ciekawszych czasów, nie to było najtrudniejsze. Najtrudniejsze było przejść do Kroku Drugiego.
O ile ostatecznie wcześniej trzeba się było przyznać do bezsilności i tu pomogły wszystkie te przykłady z Tysonem na ringu, o tyle przy Drugim Kroku miałem się wyrzec kontroli. A zawsze chciałem kontroli i myślałem, że przestając pić odzyskałem kontrolę.
Chciałem, rozpaczliwie chciałem kontrolować swoje życie. Planowałem w najdrobniejszych szczegółach swoje dni, ciesząc się, gdy udało mi się zrealizować plan, jeśli nie, wyrzucałem sobie, że słabo mi poszło. Oczywiście, nie udawało mi się dużo częściej, niż udawało.
Aż kiedyś przyszło wyzwolenie. Nagle to poczułem. Stałem z kolegami z AA w przerwie mityngu. Oni palili, a ja stałem z nimi i pomyślałem sobie, co moi znajomi pomyślą, jak mnie zobaczą w tym towarzystwie. I nagle poczułem, że jestem w tym miejscu i czasie, w którym powinienem być. Że wszystko jest tak, jak ma być.


Komentarze
Pokaż komentarze