Ja też próbowałem topić swoje smutki. Nawet długo próbowałem, ale zawsze wracały. Wysuszało się morze, które im zgotowałem, więc wracały na użyźnioną tym glebę. I mogły znów zapuszczać korzenie, a może rosnąć.
Nigdy nie konkretyzowałem swoich nastrojów. Czułem się dobrze. Albo czułem się źle. Lub też niekomfortowo się czułem.
Nie ma takich uczuć.
A może właśnie powinienem je skonkretyzować jako, na przykład, ryby. Drapieżne, złośliwe, krwiożercze, jakiekolwiek, których nie życzę sobie w moim otoczeniu. Przecież znałem te techniki. Czytałem o człowieku, który pokonał raka, wyobrażając sobie, że strzela do niego w swojej ulubionej grze komputerowej. Mogłem inaczej.
Dziś wiem, lecz dziś mój świat jest inny. Inaczej patrzę na niego, bo już nie mam przytępienia alkoholem. Widzę wszystko jasno i czysto. Umiem też nazywać uczucia.
Nie potrzebuję ich topić, czy mordować w inny sposób. Są mi potrzebne, jak ja im.


Komentarze
Pokaż komentarze