Kiedy piłem, bałem się wielu rzeczy. Począwszy o strach o swoją własną opinię, którą miałem nadzieję mieć nieposzlakowaną, po wymyślone demony, które bałem się że zaatakują mój dom. Rozsypywałem sól w drzwiach i oknach, bo tak robili łowcy potworów w serialu, który oglądaliśmy z Żoną.
Czułem też lęk. Nie umiałem sobie z nim radzić, tak samo jak ze strachem. I. wieloma innymi uczuciami, które chciały się we mnie kłębić. Nie pozwalałem im, bałem się ich. Bałem się, że ktoś zauważy moje uczucia i stwierdzi, że jestem mięczakiem.
A to byłby rys na moim idealnym wizerunku.
Robiłem wtedy piramidowe plany. Dotyczyły one, oczywiście, picia, a właściwie kupowania alkoholu. Przygotowywałem trasy, próbowałem spamiętać, gdzie kiedy co kupowałem, żeby nie wydało się, że za dużo wódki kupuję.
Wszyscy wiedzieli. Tylko ja nie widziałem. Dziś wziąłem się z tym za bary. A strach wciąż mi towarzyszy. Nauczyłem się go szanować.



Komentarze
Pokaż komentarze