Kiedyś przeczytałem ciekawą definicję miłości: jest to stan, w którym zależy nam na szczęściu kogoś innego bardziej, niż na własnym.
Z drugiej strony, myślę sobie, że szczęście nie jest stanem. Nie jest stałe. Nie trwa, tylko pojawia się i jest bardzo ograniczone czasowo. Według tego poglądu nie da się być szczęśliwym. Szczęśliwym się bywa. Uświadomienie sobie tego dało mi bardzo wiele.
Wcześniej słuchałem dużo bardziej doświadczonych alkoholików na mityngach i myślałem, że coś robię nie tak, że nie czuję się szczęśliwy przez cały czas. A potem zobaczyłem jak ogromna większość z nich zachowuje się na mityngu i po mityngu. To było odkrycie.
Z jeszcze innej strony, po tym, jak zacząłem trzeźwieć, wszystko zaczęło mi się, w kwestii zdrowotnej, sypać. Myślałem nawet, że to do niczego nie prowadzi. Że właściwie to... Różne myśli mi się pojawiały w głowie. Dopóki nie trafiłem do szpitala, w którym spotkałem ludzi chorych. Ludzi, którzy nie mogli wyjść do toalety. Sam w pewnym momencie nie mogłem pójść do toalety.
Zauważyłem, jak dobrze mam w swojej chorobie. Jak dobrze mam, że mogę pójść do toalety o własnych siłach.
Szczęście wynika w dużej mierze z wdzięczności.



Komentarze
Pokaż komentarze