Pamiętam, ile wysiłku kosztowało mnie utrzymywanie piramidy własnych kłamstw. Ukrywania jakichś sytuacji, w których nie zachowałem się tak, jak chciałbym się zachować, lub nawet - jak należałoby się zachować. Oszukiwanie siebie i innych. Żony, dzieci, przyjaciół, nawet pań w sklepach, gdzie kupowałem wódkę. I nieprzyznawanie się do tego.
Bo wstyd.
Po powrocie z ośrodka odwykowego nagle odkryłem, że jest prościej. Nie miałem czego ukrywać, więc nie musiałem wkładać energii w ukrywanie jakichś faktów. Nie znaczy to, że wyspowiadałem się wszystkim, ze wszystkiego. O wielu rzeczach rozmawiałem z terapeutką i dochodziliśmy do wniosku, że nie ma sensu po dwudziestu latach przypominać komuś, że oszukałem go na dziesięć złotych. Warto mu to jakoś wynagrodzić, zaprosić na herbatę, upiec ciasto.
Dziś mam spokojne sumienie, po prostu staram się nie pakować w sytuacje, których potem będę się wstydził. Przed samym sobą, opinia innych mnie nie obchodzi.



Komentarze
Pokaż komentarze