Kiedyś usłyszałem, że trzymanie w sobie urazy to tak, jakbym brał truciznę i oczekiwał, że otruje się ten, do kogo trzymam urazę.
Mam taką wadę, że jestem zapalczywy. Dostaję impuls, pojawia się iskra i już, jak to się mówi popularnie: poszły konie po betonie. Pracuję nad tym, żeby trochę to okiełznać i ostatnio udaje mi się na chwilę zatrzymać wybuch. To pomaga. Nie zawsze się udaje, ale ważne, że nie dzieje się to za każdym razem.
To prawda, że od czasu, gdy przestałem pić, zacząłem brać odpowiedzialność. To nie "ktoś mnie wkurzył" tylko "ja się na kogoś wkurzyłem". To ja reaguję. To ja tworzę swoją rzeczywistość. Prawda jest taka, że moje wybuchy były często nieadekwatne do tego, co je spowodowało. I potem miałem, tak zwanego, kaca moralnego.
Próbuję się zmienić, bo nie zmienię innych, nie zmienię świata. To jest jednak najważniejsza zmiana, gdy chce się, jak to mówią psychologowie "zarządzać gniewem". Ja nie chcę zarządzać. Chcę spokoju. Chcę być spokojniejszy.



Komentarze
Pokaż komentarze