130 obserwujących
435 notek
1453k odsłony
5424 odsłony

"Economist" o polskiej polityce zagranicznej

Wykop Skomentuj124

W ostatnim “Economist” – wiodący artykuł w dziale europejskim dotyczy polskiej polityki zagranicznej. Warto z nim się zapoznać – niekoniecznie by się z nim zgadzać (jedno się zgodzą, inni nie, w Polsce jak i w Europie panuje przecież zdrowy pluralizm poglądów), ale by wiedzieć, co jakiś odłam europejskiej opinii publicznej o tym myśli. Bo takie myślenie – znów, bez względu na to, czy ktoś się z nim zgodzi, czy nie – samo w sobie jest jakimś faktem politycznym. A “The Economist” ma w politycznych elitach europejskich status szczególny: jako organ tradycyjnie liberalno-centrowy, o silnym pro-rynkowym nastawieniu, dość niechętny brukselskiej biurokracji i planom politycznej integracji Europy – “Economist” wypracował sobie szczególną rangę w europejskiej sferze publicznej. Być może jest jedynym, prawdziwie ponad-narodowym tygodnikiem opinii w Europie i nawet na świecie.

Swoją korespondencję z Warszawy tygodnik rozpoczyna od krótkiej charakterystyki zarzutów Jarosława Kaczyńskiego pod adresem polskiej polityki zagranicznej (kondominium, Smoleńsk, wizyta emisariuszy PiS w Waszyngtonie), po czym pisze:

Most others [tzn. inni, niż krytycy polskiej polityki względem Rosji – przyp. WS] find such paranoia puzzling. Poland has never been safer, richer or better regarded in the world. The government is strong, stable and overwhelmingly popular. Its image abroad, bizarre visits to Washington aside, is vastly improved. Under the Kaczynskis, Poland was a laughing-stock, with a foreign policy marked by disorganisation, prickliness and pettiness. Today officials in Brussels are impressed by the focus of Poland’s planning for its stint in the rotating European Union presidency in the second half of 2011. For the first time in decades Poland is a player, not a playground, in European diplomacy”.

W dalszym ciągu nadchodzi jednak bardziej gorzka ocena. Economist krytycznie wspomina o aresztowaniu Zakajewa, o zaproszeniu Ławrowa na doroczną konferencję polskich ambasadorow, lecz zaraz potem ocenia, że polska polityka względem Rosji jest „mostly, quite tough”. Dla mnie najciekawsza i jednocześnie najbardziej niepokojąca diagnoza jest wyrażona w następnych akapitach artykułu, kiedy tygodnik twierdzi, że Polska odeszła od wcześniejszego „idealizmu” w kwestii praw człowieka i promocji demokracji za granicą w kierunku chłodniejszego „realizmu”. Oto kluczowy akapit:

Poland has, in short, become more pragmatic and less romantic. It no longer idolises America, or sees itself as part of a messianic consolidation of freedom, justice and prosperity in the post-Soviet neighbourhood. The main engine of its foreign policy now is the national interest. The “reset” with Russia fits this perfectly”.

 

Jeśli „Economist” ma rację (a mam zbyt mało materiałów, by dokonać takiej oceny, zresztą jest to chyba proces dopiero rozwijający się i być może, w polskiej elicie politycznej ścierają się różne postawy), to bardzo to mnie niepokoi. Nie dlatego, bym popierał idealizowanie Stanów Zjednoczonych jako czynnik polityki zagranicznej. Ale dlatego, że uważam, iż społeczność międzynarodowa powinna w większym stopniu niż dotychczas interweniować aktywnie w despotycznych krajach na rzecz promocji demokracji i praw człowieka. Gdy zaczynają się prawa człowieka, konczy się suwerenność. Interwencja w Iraku była błędem jako oparta na rzekomej obecności tam broni masowego rażenia, ale gdyby uzasadniano ją ochroną ludności przed krwawym reżimem (i do tego celu skrojono metody interwencji) – nie miałbym nic przeciwko. Gdyby dzisiejsza inwazja na Koreę Północną nie groziła katastrofą nuklearną – znów, byłbym jak najbardziej „za”.

Polska – jak mało inny kraj - ma mandat, by prowadzić politykę zagraniczną opartą na krzewieniu praw człowieka także poza swoimi granicami, przy pomocy różnych środków, niekoniecznie przecież militarnych (zasłużona nagroda dla Pani Agnieszki Romaszewskiej była świetnym dowodem na docenienie rozmaitych „miękkich” metod prowadzenia polityki. Wiem od moich studentów z Białorusi (a miałem kilku takich we Florencji), że bardzo liczą na aktywność Polski w ich części Europy i są ostatnimi, którzy będą nadymać się z powodu „ingerencji w wewnętrzne sprawy”. Mandat historyczny, jaki ma Polska, jest takim samym, a może i mocniejszym atutem w polityce zagranicznej, jak dywizje albo produkcja stali. Nie warto z tego atutu rezygnować.

http://www.economist.com/node/17578876

 

 

Wykop Skomentuj124
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale