...oraz Bośnia i Hercegowina...
Rzadko naukowiec, szczególnie zaś socjolog (wiadomo, "miękka wiedza"), może mieć taką satysfakcję jak ja obecnie, wedle wzoru rozumowania: A nie mówiłem!?
Wklejam poniżej fragment tekstu, który napisałem na poczatku 2005 roku, po Pomarańczowej Rewolucji, i wygłosiłem na Seminarium Polskiego Towarzystwa Socjologicznego.
Próbowałem, bez skutku go opublikować w jakimś bardziej dostępnym wówczas tygodniku (pisałem go na zamówienie "Polityki") ale bez skutku, takze w wersji angielskiej. Wyszedł jedynie w materiałach pokonferencyjnych zatytułowanych "Nowoczesność, Ponowoczesność.Społeczeństwo obywatelskie e Europie Środkowej i Wschodniej" (tom I), w Wydawnictwie KUL-u w Lublinie (2007) i został wysłany przeze mnie na konferencję ukraińskich politologów i socjologów, do Ostroga w Ukrainie (tego od Ostrogskich)...
Jako człowiek wyzywany od "profesorków" ( w domyśle: głupich...) i "oszołomów", także na tym blogu, nie mogę ukryć satysfakcji...
Wielki Mistrz polskiej socjologii mawiał: "Nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria..."; a ja dodam: i dobre wyniki badań, które zawdzięczamy Ukraińskim socjologom ...
Pierwszą hipotezą, którą próbowałem sprawdzić w moim tekście w odniesieniu do wydarzeń, które weszły do historii pod nazwą "Pomarańczowej Rewolucji " była:
Hipoteza społeczno-politycznej rewolucji anty-postkomunistycznej, z elementami moralnego protestu, wywołanego wyborczymi manipulacjami. Można też powiedzieć, że jest to hipoteza II fazy rewolucji anty-komunistycznej, jeśli przyjąć, że post-komunizm jest porządkiem tworzonym przez i - głównie - dla byłych komunistów[1]. Mass-media Środkowo-Wschodniej Europy, a także wybitny rosyjski ekspert o polskim nazwisku Pawłowski ("rewolucja, która w porę nie dostała po mordzie”), najczęściej przyjmowały, że ma tu miejsce rewolucja, choć tylko nieliczni analitycy czy eksperci zwracali uwagę na to, że była to druga, po Gruzji, właśnie rewolucja anty-postkomunistyczna.Podejrzewam przy tym, że dla analityków odległych od naszej, post-komunistycznej strefy polityczno-społecznejto, co się działo najpierw w Gruzji, a potem, ze znacznie większym rozmachem i w sposób znacznie lepiej nagłośniony, w Ukrainie - to zjawiska albo trudno zrozumiałe albo w ogóle niezrozumiałe; stąd taka wielka rezerwa przedstawicieli - polityków i publicystów - Zachodu, w tym przedstawicieli krajów Unii Europejskiej wobec ukraińskich wydarzeń.
Podejrzewam, że mogli oni zastanawiać się: Jakże to tak - daliśmy im wolność, demokrację, państwo prawa i rynek, a oni się buntują!? O co im chodzi?
Przypuszczam też, że takich pytań nie stawiało większość zachodnich tzw. lewicowych intelektualistów, dla których obalenie reżimów komunistycznych, często w imię wartości narodowych a nawet, jak to było w Polsce, religijnych, oznaczało i wciąż oznacza zdradę wartości lewicowych, bez względu na ponury bilans cywilizacyjny, gospodarczy, a nawet demograficzny, tych reżimów i ich ewidentną, moralną i pragmatyczną, kompromitację i kapitulację.
Dla tych, którzy, jak niżej podpisany, znał dość dobrze, bo z autopsji, poprzedni system w Ukrainie i w Polsce, a potem od początku śledził, jako socjolog, polski, gruziński, ukraiński i rosyjski post-komunizm, ani wydarzenia w Gruzji, ani rewolucja w Ukrainie nie mogły być żadnym zaskoczeniem. Okazuje się bowiem, że post-komunizm w takim wydaniu, w jakim uformował się w wymienionych krajach, a także w większości krajów Środkowej Azji, był równie trudny do zniesienia jak system poprzedni, równocześnie będąc naogół mniej zdolnym do zapobiegania buntowi "ludności", która zresztą potrzebowała czasu, by osiągnąć zdolność i gotowość do takiego buntu.
Dlaczego tak sie działo?
Niewątpliwie, w niemal wszystkich post-komunistycznych krajach - może z wyjątkiem byłej NRD i Czech, a także krajów bałtyckich, w których, z róznych powodów i w różny sposób, trwale lub czasowo, nowy system ograniczył przywileje beneficjantów poprzedniego systemu - pojawiły się powody, mniej lub bardziej intensywne, dla protestu i buntu, gdy dość szybko okazało się, że ci, którym było dobrze w systemie komunistycznym - w warunkach tzw. post-komunizmu czują się jak przysłowiowe "ryby w wodzie". Nowy system, zarówno ekonomiczny, jak i polityczno-prawny, uformowany pod naciskiem liberalnych doktryn Zachodu, modnych w momencie przewrotu, pozwalał bowiem byłym członkom szeroko rozumianej nomenklatury komunistycznej pomnażać i ochraniać zasoby, uzyskane dzięki grabieży państwa i gospodarki, a więc większości ludności komunistycznych krajów przez dziesiątki lat[2].
Nie było dla mnie zaskoczeniem, że pierwsza anty-postkomunistyczna rewolucja wybuchła właśnie w Gruzji, której transformację badałem przez 5 lat[3]. W tym bowiem kraju, realizującym procesy transformacji według sciśle neo-liberalnych (a nawet ultra-liberalnych) recept, obserwowałem kompletną "abdykację" czy też implozję państwa, ktore zdjęło z siebie odpowiedzialność za losy kraju; ogromna większość "ludności" została pozostawiona sama sobie, większość instytucji, na czele z instytucjami edukacyjnymi i ochrony zdrowia, uległa procesom destrukcji, kraj powrócił do epoki pre-industrialnej, ale stojąc przed problemami społeczeństwa post-industrialnego, lub, raczej, gwałtownie zdezindustrializowanego, owszem, częściowo pod wpływem wojny domowej ale również, po tym wydarzeniu, wskutek niemal pełnego otwarcia się na tzw. globalizację; ta ostatnia praktycznie oznaczała tu, jako rezultat, utratę dorobku - jaki był, taki był ale był - niemal stuletniego. Względnie wysoki poziom świadomości społeczeństwa gruzińskiego, wykształconego jeszcze w okresie sowieckim, stworzył pewien potencjał protestu i buntu, który przyniósł wydarzenia z roku 2003.Był to pierwszy dobitny sygnał, że narzucone przez Zachód strategie transformacji - połączone ze wsparciem finansowym dla aparatów państwowych, i tak pasożytujących na społeczeństwach post-komunistycznych - nie sprawdziły się i prowadzą do marnotrawstwa zachodnich zasobów finansowych oraz lokalnych - ludzkich i społecznych.
Ale Gruzja - to tylko ok. 5 milionów mieszkańców, natomiast Ukraina - niemal 10 razy więcej: ogromne terytorium i duża "ludność", na styku Wschodu i Zachodu, w strefie konfliktowych interesów i wpływów, z jednej strony, Rosji, z drugiej - nie do końca zgodnych podmiotów, którym na imię UE, USA, Kanada (duża ukraińska diaspora), Turcja (duży potencjał ekonomiczno-demograficzny i "aspirant" do UE), itp. Dlatego wydarzenia, które miały, mają i bedą miały miejsce w tym kraju zasługują na szczególną uwagę i nie mogą być, na dłuższą metę, lekceważone, niezależnie od tego, czy wszystkie wymienione podmioty są już tego świadome, czy też osiągną tę świadomość w bliższej lub dalszej przyszłości. Wydaje się bowiem, że Ukraińcy już się raczej przyzwyczaili do myśli, że liczą się w tej grze o przyszłość Europy, a nawet świata, i że czas raczej będzie utrwalał - a nie osłabiał - to przekonanie.
Przypadek Ukrainy, choć nie tak skrajny, jak przykład Gruzji, zasługuje na szczególną uwagę. Tu transformacja nie przebiegała, na szczęście, według radykalno-liberalnego scenariusza, jednak poziom egoizmu elit był i jest, moim zdaniem, do tej pory - już nawet po "Pomarańczowej Rewolucji" - równie wysoki jak w Rosji i kilku innych, głównie "azjatyckich", post-komunistycznych krajach, jak ten, który doprowadził niemal sto lat temu do Rewolucji Rosyjskiej.
Warto przy okazji przypomnieć - choć analogie bywają zawodne - że ta ostatnia była poprzedzona wydarzeniami z lat 1905-1907, które stanowiły groźny sygnał, zlekceważony - a w każdym razie, niedostatecznie odczytany - przez ówczesne elity Imperium Rosyjskiego. Wprawdzie narodowa czy też nacjonalistyczna legitymacja post-komunistycznych władz i systemów w większości krajów z byłego "obozu socjalistycznego" i byłego już ZSRS wciąż jeszcze zapobiega wystąpieniu bardziej radykalnych i brutalnych form buntu ale kto może odpowiedzieć na pytanie, jak długo taka legitymacja okaże się skuteczna; "pomruki ludu" z jesieni 2004 roku, a także to, co się dzieje w Ukrainie już po Pomarańczowej Rewolycji, może sygnalizować nadejście kolejnej fali buntu.
[1] Jeden z ukraińskich ekspertów, uczestników zorganizowanej przez Fundację Batorego konferencji o stosunkach rosyjsko-ukraińskich użył, moim zdaniem, słusznie, określenia "rewolucja anty-nomenklaturowa". szczególnie jeśli zważyć, że we większości post-komunistycznych krajów "nowa" klasa rządząca oraz klasa właścicieli i przedsiębiorców to dawni członkowie "narodowych nomenklatur" bądź ich potomkowie.
[2] W ekstremalnej postaci osiągnięto to w byłych republikach ZSRR, gdzie już od 1988 roku specjalnie szkolono "komunistów" do działań w warunkach rynkowych. Kto nie wierzy, powinien sięgnąć do książki J.Afanasjewa "Groźna Rosja" (wydana w 2001 roku w FR, a wq 2004 w Polsce), w której przytoczona jest specjalna instrukcja władz Komunistycznej Partii ZSRR w tej sprawie, i która znakomicie opisuje praktykę rosyjskiej prywatyzacji ("prichwatizaciji", jak to celnie określiła "ludność" tych republik), szczególnie tzw. "prywatyzacji pod zastaw".
[3] Refleksje oparte o wyniki tych badań przedstawiłem w eseju pt. "Gruzja - ziemia Pana Boga?", opublikowanym w "Księdze" dedykowanej prof. Tadeuszowi Kowalikowi, a napisanym na zamówienie warszawskiej "Polityki", która go jednak go nie opublikowała. W zakończeniu, napisanym w 2001 roku, wspomniałem o możliwości wybuchu rewolucji w tym kraju.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)