W obliczu przekrzykiwania się wielkich nazwisk, kto jest wykształciuchem, kto inteligentem, a kto jeszcze tylko skończonym kretynem, człowiek czuje się pozostawiony na pastwę głośniej krzyczącego chóru. Najgłośniej krzyczą co prawda małe nazwiska, najczęściej nie o sobie, a o większych nazwiskach, jednak w tym przypadku wydaje mi się, że oddają dosyć wilczą przysługę swoim mentorom czy autorytetom.
Mi brak pewności co do tego czy nie podpadam pod haniebnie brzmiące grupy, bo nie wiem czy mam się ustosunkować do znaczenia tego słowa pierwotnego, czy też potocznie używanego. Na szczęście, doszedłem do wniosku, że nie jest to moje największe zmartwienie i przekrzykiwanie się pozostawiam postaciom dla których jest to sprawa warta udowodnienia.
Bardziej mnie zmartwił fragment książki Tomasza Lisa, opublikowany na łamach jednego z dużych portali. Staram się ostudzić mój odbiór, z racji na zdradliwy efekt fragmentaryczności, jednakże niektóre stwierdzenia z trudem można wyobrazić sobie w innym znaczeniu jako element większej całości.
Pozwolę sobie zacytować: "Ponieważ układ był pojemny, mógł się w nim znaleźć każdy; ponieważ trudno było go rozbić, okazywał się głęboko zakonspirowany; ponieważ nie było jego śladu, stawał się wszechmocny. Układ nadawał się do propagandy jak niejaki Goldsmith, z powodu którego u Orwella odbywały się seanse nienawiści."
Żyję na tym świecie na tyle, żeby obserwować różne większe i mniejsze wydźwięki, że tak pozwolę sobie to nazwać, koleżeńskiego lobbingu. Żeby tylko nadmienić, chodzi mi o całkiem wyraźne malwersacje finansowe, niegospodarność etc. Efektami tych "wycieków drobnych sum" było zawsze zasilanie i widzialne bogacenie się, tak zwanych "baronów", lub też czasem tak zwanych zaprzyjaźnionych biznesmenów. Oczywiście można by powiedzieć, że są to odosobnione i bezprzykładnie hańbiące przypadki, jednakże pewien niesmak pozostaje. Pewna znajomość historii, każe mi spojrzeć na ten okres czasu, z perspektywy, kto miał największe szanse, a przynajmniej sporą szansę na uzyskiwanie dużych udziałów w generowanych spółkach lub też obsadzanie intratnych stanowisk, podczas tzw. pokojowej zmiany władzy (My wam władzę wy nam "to"). Może jednak aparatczyki PZPRu?
Muszę w jakimś stopniu oceniać poziom inteligencji, lub jeśli ktoś w tym przypadku woli, sprytu - aparatu władzy pezetpeerowskiej. Musieliby być skończonymi idiotami by nie zabezpieczać sobie dostatniej przyszłości gdy było to możliwe. Ta myśl nie pozwala mi się zgadzać z kpiącymi wobec tzw. "układu" słowami pana Lisa. Nie wiem gdzie powinniśmy szukać równowagi by nie popadać z skrajności w skrajność, ale na pewno nie jest to próba wybielenia tudzież bagatelizowania sytuacji w której każdy z nas może tracić (bo przecież część decyzji zapadało pod dyktando Moskwy, bo część decyzji tworzyło iluzoryczną konkurencję, a tak na prawdę rozbity na kilka nazw monopol. Ktoś powie dawno, dawno - a gdyby prześledzić zmiany gospodarcze, to ktoś inny mógłby powiedzieć, że jeszcze spłacamy rubel transferowy).
Zastanawiam się na czym polega "prowincjonalność" polskiej polityki w oczach pana Tomasza. Boję się, że chodzi o to, byśmy stosowali na przykład politykę rodem z Francji, którą tak bardzo usilnie stara się zmienić, od pierwszych dni piastowania urzędu prezydenckiego Nicolas Sarkozy. Pozostawiając jednak Francję, dodam że w moim odczuciu, polityka powinna być ukierunkowana na kraj zastosowania, a nie bezmyślnie czerpać wzorce "nieprowincjonalne", czy jakiekolwiek inne. To wszystko jednak to chyba temat na następny komentarz.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)