Nie odkryję w tym miejscu nic nowego, gdy zaznaczę olbrzymi wpływ jaki wywierają sondaże przedwyborcze na decyzje wyborców. Zdaję sobie też sprawę, że wkraść się może niezamierzony błąd statystyczny, jak i celowe dobieranie grupy prób, by osiągnąć pożądany wynik. Wyobraźnia podpowiada mi, że czasem umiejętne zadanie pytania, pozwala też nieco odchylać wyniki.
Nie o tym jednak chciałem tutaj pisać, bowiem jest to sytuacja znana i powszechna, a dzięki temu że organizacje zajmujące się tym zagadnieniem różnie się do tej pracy zabierają, to i wyniki mogą być przecież różne. To chyba dobrze, na tym powinna polegać atmosfera demokracji, różna próba, różniące się nieznacznie wyniki.
Zastanawia mnie natomiast inny drobiazg. Szósty zmysł podpowiada mi, że zadawane sobie pytanie, jest takim głupiutkim Kubusiowo-Puchatkowym podejściem, jednakże żywiąc duży szacunek do postaci z twórczości A.A. Milnego, które często przez "głupiutkie" podejście, dochodziły do bardzo ciekawych wniosków, nie mam obaw, że takie pytania zbytnio mnie oczernią.
Mianowicie, szczycę się dosyć dużą grupą znajomych, a właściwie kilkoma grupami z różnych kręgów. Pozwoliłem sobie zadać pytanie, przy rozrywkowych czy też, bardziej profesjonalnych spotkaniach: czy kiedykolwiek, dzwoniono do was, lub jakąś inną drogą zadawano wam pytanie, mające zasilić bazy danych sondaży przedwyborczych?
Nikt z tej w moich oczach pokaźnej gromadki nigdy nie był osobiście zaczepiony, ale też nie kojarzył nikogo kto by się tym chwalił. Zacząłem się głębiej zastanawiać co może być przyczyną. Nie korzystam z tzw. stacjonarnego numeru telefonu. Czy więc o przedwyborczym wyniku, który wywiera tak silny wpływ na decyzje podejmowane w wyborach (syndrom: nie chcę stracić swojego głosu oddając go na przegraną partię), zadecydują jedynie abonenci numerów stacjonarnych? Podejście to byłoby racjonalne z punktu widzenia kosztów sporządzenia sondażu.
Dociera do mnie fakt, że grup uprawnionych do głosowania, omijanych na dużą skalę przy budowaniu sondaży może być więcej - czas pracy "sondujących" oraz pewnych grup zawodowych, etc. Koniec końcem w tych różnych grupach zapada decyzja zgodnie z syndromem: "nie zagłosuję na z góry przegranych" i efekt skali zjawiska sondażowego zbiera żniwo. Zapewne wyolbrzymiam problem i ponosi mnie wyobraźnia, jednakże skoro czasem o "wymaganej większości" decydują nie procenty a promile, to nawet problem bardzo mały, może mieć olbrzymie znaczenie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)