Przy okazji obwieszczenia daty wycofania naszych wojsk z Iraku, po raz kolejny skierowałem swoje przemyślenia w kierunku interwencji wojskowych. Parę lat temu, gdy od wkroczenia Jankesów do Bagdadu, nie minęło wiele czasu, zdarzyło mi się zobaczyć parę programów i przeczytać parę artykułów, które niosły dużo informacji, o których media bardzo mało się rozpisywały. Widziałem na przykład, parę wywiadów z byłymi opozycjonistami wobec reżimu Saddama Husajna. Widziałem też zdjęcia z Halabdży, gdzie chemiczny Ali, póki jeszcze miał broń biologiczną zagazował 5000 kurdów za jednym zamachem. Czytałem reportarze, w których przewijały się makabryczne historie, jak na przykład ta z synem Saddama Udayem testującym nowe zabawki (broń), na skazańcach. Pozostaje się jedynie domyślać, czy na opozycjonistach którzy źle się wyrazili o wodzu, czy też na pospolitych przestępcach. Prawdę mówiąc, niezależnie od tego czy w czasie samej interwencji, broń biologiczna użyta przed laty jeszcze tam była i czy mieli chociażby plany na nowszą - dla mnie to wszystko wystarczyło by Saddama skazano za ludobójstwo. Żeby do tego doszło widziałem dwa wyjścia: pierwsze, zacząć wspierać finansowo opozycję, pozwolić jej dojrzewać, nakładać sankcję międzynarodowe za jej nękanie i dalej ją wspierać. Zdrowe, ale zajęłoby to długie lata. Konfrontując te lata, z faktem, iż parę osób w białym domu było przekonanych o realnym zagrożeniu ze strony wąsatego wujka w tym oto momencie, decyzja o podjęciu interwencji bez poparcia wydaje się racjonalna. Obok pozostaje oczywiście temat stricte gospodarczy, czyli ropa. Nawet gdyby kilka korporacji rodem z USA, wykorzystując swoją pozycję po wygraniu krótkiej wojennej potyczki zajęło dobre pozycje na roponośnym irackim rynku, raczej nie mogliby po prostu okradać Iraku z ropy. Wydaje mi się, że sam fakt uwolnienia zablokowanego przez Saddama eskportu, było dla USA olbrzymią korzyścią. Jak w przypadku każdej wojny, ciężko znaleźć kontrasty na linii białe-czarne. Ten ostatni motyw działania, raczej dodaje całej wojnie koloru ciemno szarego.
Gdyby dodać późniejsze, na wielu etapach nieudolne próby wprowadzenia stabilizacji, to możnaby się powoli zbliżać do czarnego. Zgodzę się, że trudniej znaleźć jasne strony, ale może warto rozdzielić decyzje o interwencji i samą stabilizację? Oczywiście, nie chodzi mi o rzeczywiste odkreślanie, bowiem nie sposób rozdzielać czegoś co było w istocie jednym procesem. Spróbujmy sobie przez chwilę wyobrazić scenariusz w którym wkroczenie wojsk USA do Iraku, wygląda podobnie, z bardzo małymi stratami po stronie Jankesów i trochę większymi stratami po stronie irakijczyków. Jednakże później, nie ma zamachów samobójczych, samochodów pułapek, wysadzania się w tłumie, ataków na z trudem powstające szkoły, szpitale czy instytucje publiczne. Może taka hipotetyczna sytuacja trochę zmieni punkt widzenia. Chodzi mi jedynie o dostrzeganie tej szarości, by w ocenie nie zbliżać się zbyt blisko czarnego.
Czy wyjście Polaków z Iraku jest przedwczesne? Myślę, że nie. Wszyscy wiemy, że życie ludzkie jest bezcenne, tak więc tym bardziej powinniśmy potrafić, za nadstawianie karku, uzyskać dużo. Przez cały okres, nie wzmocniliśmy w dramatycznych wymiarach swoich interesów w Iraku, nie potrafiliśmy też osiągnąć znaczących korzyści negocjując ważne dla nas sprawy z USA. Lepiej skupić się na naszych zobowiązaniach międzynardowych wobec NATO i dzielnie walczyć w Afganistanie. To, że dobrze gdy żołnierze są na misjach to inna sprawa. Nie powinni jeździć na misje tylko w jednym przypadku - gdy na świecie nie będzie wojen. Dopóki jednak poważne konflikty się zdarzają, dobrze jest, by zawodowi żołnierze sprawdzali się w warunkach prawdziwej walki. Oczywiście jeszcze lepiej gdy ten zawodowy żołnierz robi to na ochotnika, jak zazwyczaj się dzieje.
W sprawach polityki i napiętych stosunków, ciągle aktualny pozostaje temat Korei Północnej. Parę dni temu Japonia prężyła muskuły testując zestrzelenie rakiety mogącej przenosić ładunki nuklearne przy pomocy budowanej wspólnie z USA tarczy antyrakietowej. To odpowiedź na przeprowadzoną kilka miesięcy wcześniej koreańską próbę wystrzelenia rakiety zdolnej do przenoszenia ładunków nuklearnych.
Teraz, analogicznie patrząc na sytuację Korei Północnej w porównaniu do makabryczności reżimu, Korea wygrywa w tym tragicznym konkursie. Wszechobecny głód, obozy reedukacyjne, koncentracyjne, brak podstawowych dóbr, w nocy Pyongyang to ciemna plama na zdjęciach satelitarnych. Za zmyślone czy też rzeczywiste przestępstwa przeciw ustrojowi, do obozów koncentracyjnych trafia cała rodzina i kilka najbliżej mieszkających rodzin. Potem tortury na których każdy przyzna się do wszystkiego. Nieliczne informacje o tym co się tam dzieje, poza nielicznymi reportarzami, powstają na podstawie zeznań uciekinierów. Żeby nie rozpisywać się o okrutnych detalach, wystarczy że zapytam teraz: czy to nie wystarcza by "szeryf świata" zainteresował się takim okrucieństwem. Przez ponad pięćdziesiąt lat, nie. Dopiero ryzyko posiadania przez Koreę Pn. arsenału nuklearnego przybliża takie rozważania. Nie ma tam też ropy.
Najtragiczniejsze jest chyba jednak to, że przeciętny mieszkaniec Korei Południowej też nie chce ani interwencji ani zjednoczenia. Za duży koszt dla przeżywającego boom gospodarczy kraju. Wielu z mieszkańców południa ma nie widzianych od lat bliskich na północy, jednakże Ci po prostu chcieliby ich przyjazdu do Korei Południowej. Zjednoczenia z biedną, makabryczną, zniszczoną reżimem Kim Dzong Ila nikt nie chce.
Skoro w Korei Północnej, oficjalnie nie ma opozycji, to chyba ten kraj pozostanie na pierwszym miejscu w rankingu: Najgorsze Piekło na Ziemi. Ciekawe co przyniesie 2008 rok w tej sprawie. W krajach Azji Wschodniej ósemka uchodzi za liczbę szczęśliwą, może jest więc nadzieja na zmiany na lepsze.
(Ten sam artykuł publikowany jest jeszcze przeze mnie na łamach serwisu interia360)


Komentarze
Pokaż komentarze