Lubię patrzeć na młodzież. Łapię się na tym, że traktuję ich jak inny gatunek. Pamiętam jeszcze, jak byłem tak samo młody. Byłem zły na dojrzałych, że nie rozumieją mnie, że nawet nie próbują. Byliśmy naprawdę inni. Wtedy był ku temu Wielki Powód: my wzrastaliśmy w wolnej Polsce, oni byli rodem z PRL-u.
Tyle, że Wielki Powód zawsze chyba się znajdzie…
Kolumbowie z traumą drugiej wojny światowej byli inni, niż pokolenie baby boomers, mający dzieciństwo w stalinizmie, młodość z Gomułką i stabilizację za Gierka.
Pokolenie przełomu, które z dzieciństwa w stanie wojennym bezradnie wpadło w transformację ustrojową.
Zupełnie inaczej mieli Milenialsi, tacy jak ja. Dla nas wydarzeniem życia było wejście do Unii Europejskiej. Byliśmy pierwszą generacją bez traumy komunizmu, świetnie znającą języki obce.
Potem byli ci z generacji „Z”, tzw. cyfrowi tubylcy, dla których świat realny i wirtualny to spójna całość.
Dalej rozumiem już coraz mniej. Chodzący po ulicach uczniowie podstawówek, czy wczesnych klas szkół średnich, to dla mnie zupełnie inny gatunek. Z nimi już nie mam nawet najmniejszej nitki porozumienia. Urodzeni po 2010 roku to tzw. pokolenie Alfa. Ci już całkiem żyją w świecie streamingu i algorytmów. Każde z nich musi, już około trzeciej klasy podstawówki, odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie: czy jest homo, hetero, a może niebinarne. Wczesne dzieciństwo spędzili w izolacji COVID-19, co przyspieszyło ich edukację cyfrową, ale też zrobiło z nich nieco osamotnione zombie. Porozumiewają się okrzykami i gestami wyrażającymi trendy z tik-toka, które trwają ledwie kilka godzin, mają Robloxa i Minecrafta zamiast bajek i telewizji, na co dzień obcują z asystentami głosowymi i botami zamiast przyjaciół. Każdemu (jak każdemu innemu, ja jestem taki sam) wydaje się, że jest wielkim indywidualistą, ale w rzeczywistości reprezentują spójną tożsamość, jako że są odgórnie kształtowani przez te same trendy, memy, żarty i kalki myślowe.
Jeżeli młodzi zainteresują się życiem społeczno-politycznym w Polsce, świat algorytmów i streamingu może ich skierować na Roberta Mazurka. To przykład publicysty, który przeszedł pełną ewolucję od dziennikarza papierowych gazet, do czołowego influensera nowych mediów. Dziś odnalazł się w nowoczesnej formie Kanału Zero, niegdyś prowadził zadziorne i odważne rozmowy w radio, a jego teksty drukowane na szpaltach wielu gazet i czasopism weszły już na stałe do historii polskiej publicystyki. Bodaj, że to właśnie on jako pierwszy napisał o aferze Rywina, pół roku przed sławnym artykułem w Wyborczej, tyle że wtedy nikt mu po prostu nie uwierzył.
Młodzi zapewne nie wiedzą, że to Robert Mazurek rozpropagował określenie „leming”. Krążyło ono ponoć już od kilku lat pomiędzy komentatorami z prawej strony sceny politycznej, ale dopiero artykuł Roberta Mazurka z 2012 roku w „Uważam Rze” wykreował powszechne używanie tego słowa. Jego „Leming z Miasteczka Wilanów” (to tam padł rekord poparcia dla Bronisława Komorowskiego – 84 proc. przy frekwencji 80-proc.) nadał zjawisku nazwę. A przecież wiemy, że dopiero gdy coś nazwiemy, zaczynamy to odróżniać i rozumieć.
Czy Robert Mazurek wiedział wtedy jak bardzo donośne zjawisko opisywał? Cóż, chyba wiedział. Nie opisywał wtedy zjawiska nowego. Samo pojęcie lemingów zaczęło pojawiać się już w 2007 roku. Redaktor Mazurek opisywał fenomen istniejący już od wielu lat. Nie było tu żadnego wyjątkowego punktu startowego. Był to proces, który rozpędzał się wraz z pogłębiającą się biedą mniejszych ośrodków i obrastaniem w nowe możliwości dużych aglomeracji. Najbardziej stymulująco wpływał na ten proces… sam proces, i to dwutorowo. Im szybciej ubywało z prowincji młodych i zdolnych ludzi, tym mniej opłacało się otwieranie tam nowych miejsc pracy. Im więcej firm w dużych ośrodkach, tym lepsza infrastruktura i dostępność młodych i zdolnych specjalistów dla wciąż pojawiających się nowych biznesów.
Czy z tamtej perspektywy, z początku XXI wieku, nie było widać dokąd prowadziła ta ścieżka? Niektórzy zauważali, próbowali krzyczeć, ale głosik ich milkł jak zwykle milkną głosy tych, którzy niosą złe wieści. Teraz jest dla nas oczywiste, do czego to prowadziło. Całe rzesze ludzi płynących z nurtem w tym samym kierunku: od mniejszych ośrodków do dużych aglomeracji, od tradycji do nowoczesności, od stabilności wielopokoleniowych struktur ku… nicości samotnego życia.
Przez dwie dekady wyrywano ludzi z korzeniami i tworzono z nich lemingów. Pracowali przez większość z większości dni, nie mając czasu zastanowić się nad celami. Będąc obcy w wielkich miastach nie mieli szans na długie i głębokie rozmowy ze swoimi rodzicami, sąsiadami, przyjaciółmi. Mijali się na ulicach i w biurach z innymi obcymi. Czerpali z mediów i popkultury: wzorce postępowania, wzorce myślenia. Coraz bardziej wstydzili się własnej małomiasteczkowości, tradycyjną kulturą pogardzali, tak jak podpowiadali im kolorowi klakierzy mass mediów. Korzystali z prostych recept w stylu dobrej rady prezydenta Komorowskiego, by wziąć kredyt, by osiągnąć sukces. Miarą sukcesu były zdjęcia na facebooku, ogólny wizerunek nowoczesnego specjalisty, wakacje za granicą.
Teraz, po latach, orientują się, że są tak samo obcy w swojej aglomeracji, jak i w swoim miasteczku. Nie mają wspólnego języka z rodzicami i kolegami ze szkoły, ale także z samymi sobą, ze szkolnych czasów. Chyba nie o to w tym życiu miało chodzić. Wspólny język ze znajomymi z korpo i z osiedla może i jest, ale bardzo płytki, powierzchowny, taki o niczym.
Dawno temu wyzbyli się tradycyjnych wartości, jako będących jedynie powodem do wstydu i zażenowania, a aglomeracyjne wielkie słowa dotyczyły zawsze tylko sfery materialnej. Dzisiaj, będąc już w wieku mocno średnim, dochodzi do nich, że do bogactwa to już raczej nie dojdą. Mimo pracy ponad ludzkie siły, kredyt wciąż niespłacony, awanse poszły na tych, co umieli się ustawić, bo nie byli z małych miasteczek, bo mieli rodziców i wujków na stanowiskach. Czują się nawet trochę oszukani, ale za bardzo nie wiedzą przez kogo. To chyba bardziej nawet im się wydaje, że to oni sami byli głupi, że źle tym życiem pokierowali, i że to niczyja wina, tylko ich samych.
Dwadzieścia lat temu wyrwani z korzeniami i rzuceni na beton wielkiej aglomeracji Warszawy, Trójmiasta, czy Poznania, usychają pod kroplówką tego, co pozostanie z pensji po spłaceniu raty, mediów i zachcianek dzieci. Może i w tym roku uda się tak wszystko poustawiać, że uda się tych dziesięć dni w Egipcie all exclusive. Będzie można sobie powiedzieć „czuję, że żyję” i „po coś się to robi”.
A te ich dzieci, dzieci ludzi pozbawionych korzeni, to właśnie to pokolenie alfa, którego tak bardzo nie jestem w stanie zrozumieć. Ja chyba chociaż wiem dlaczego nie jestem w stanie ich zrozumieć, a to już bardzo dużo.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)