Wytłumaczcie mi jedno. Co robi "Jurek" (w jasnej marynarce), czyli Jerzy Dereziński, bliski współpracownik płk Przybyła, dyrektor departamentu administracyjno-finansowego, po strzale wojskowego w policzek?
Po 3 sekundach od wystrzału otwierają się drzwi. Trzyma je zapewne Dereziński, bo jest pierwszą osobą, która weszła do gabinetu. "Przeciąg" trwa aż ok. 7 sekund, po czym "Jurek", niewzruszony widokiem potencjalnego trupa, klepie w klawisze telefonu komórkowego. Ogląda ciało, leżącego Przybyła, po czym...bawi się komórką dalej i wychodzi.
Dziennikarze, którzy sięgnęli w tym wypadku po kamery, przynajmniej mieli jasne motywacje. Chcieli sprzedać widzom dramat, przysłużyć się swoim pracodawcom. Jakkolwiek ich postawa powinna być krytykowana, nie daje żadnych wątpliwości.
Kiedy bliski współpracownik, być może przyjaciel, nie robi nic po rzekomym samobójstwie, a klika na telefonie prawdopodobnie wiadomości sms-owe - coś tu jest nie tak.
Sam płk Przybył rodaje amunicje na prawo i lewo pod "teorie spiskowe". Nie słyszałem o samobójcy, broniącym honoru wojskowego, który dzień po zdarzeniu udziela komentarzy w mediach. Następnie - dziś rano - oświadcza, że źle się czuje wraz z rodziną i nie będzie rozmawiał z dziennikarzami, aż tu nagle - jak zaczarowany - zmienia zdanie i gawędzi 4 minuty z reporterem TVN 24, żaląc się, iż jego kariera jest skończona.
Nic w tej sprawie nie wygląda normalnie.



Komentarze
Pokaż komentarze (47)